piątek, 5 lipca 2013

Rozdział I Brudna Krew


 - Oddaj mi ją! – pisnęła mała, niezwykle drobna dziewczynka o czerwonej twarzy. Jasne włosy miała zaplecione w mysi ogonek, który ledwie sięgał ramion.
Zatrzymała się pośrodku drogi, marszcząc brwi i zaciskając śmiesznie piąstki. Była zła, bo wysoki, piegowaty chłopiec zabrał jej szmacianą lalkę, którą dostała od siostry. Nazywała się Królewną i dbała o nią najlepiej jak mogła, bo wiedziała, że drugiej takiej zabawki nie dostanie nigdy. Siostrę owej dziewczynki zabrała choroba, co boleśnie odbiło się na całej rodzinie. Było ich w sumie pięcioro (nie licząc nieboszczki): Bridge, która miała sześć lat, dziesięcioletni Deris, mały Jot i rodzice.
Dziewczynka warknęła na brata jak pies, a gdy Deris zbliżył się do niej – machnęła ręką na oślep, uderzając chłopca w twarz.
- Aua, wiedźmo! – jęknął i kopnął siostrę w łydkę tak, że ta upadła na ziemię. W chwilę później obok niej leżała szmaciana Królewna, a Deris biegł do rodziców, którzy dopiero wyłaniali się zza zakrętu, by im się poskarżyć.
- Dalej, tchórzu – syknęła za nim Bridge, rozmasowując nogę.
Dziewczynka podniosła z czułością swoją lalkę i przygładziła jej sterczące włosy, uśmiechając się blado. Następnie wcisnęła zabawkę za pas i, słysząc wołanie matki, pobiegła w stronę rodziców.
Mały Jot cały czas się ślinił i miał głupi wyraz twarzy. Wyglądał tak zawsze, nawet gdy spał i Bridge nie rozumiała, dlaczego rodzice go zatrzymali. Kiedyś siostra też miała dziecko, ale nie spodobało jej się i po prostu zniknęło. Czasami Bridge prosiła bogów, żeby Jot też zniknął i wiedziała, że matka też się o to modliła. Chociaż innymi słowami, to jednak o to samo - też nie chciała Jota. Były takie dni, kiedy go kochali – wtedy matka się śmiała, a ojciec mówił, że jego najmłodszy syn wyrośnie na wielkiego wojownika. Nawet Bridge i Deris się cieszyli, zwłaszcza gdy matka pozwalała im zjeść trochę miodu.
Ale częściej go nienawidzili. Rodzice dobrze udawali, ale przecież gdyby kochali Jota, to nie szliby do świątyni, by się pozbyć chłopca. Bridge wiedziała o tym, bo podsłuchała, jak ojciec mówił matce, że nie zdoła utrzymać ich wszystkich przez zimę i jeżeli nie oddadzą Jota, to będą musieli poderżnąć sobie gardła. Matka płakała.
Bridge potem jeszcze długo leżała i zastanawiała się, czy bardziej boli poderżnięcie gardła, czy śmierć z głodu. W końcu jednak stwierdziła, że każda śmierć boli i zaczęła prosić bogów, by matka zgodziła się z ojcem.
- Bridge, przeproś brata – powiedziała cicho matka. Zawsze mówiła cicho tak, że niekiedy trudno było ją zrozumieć. Była słaba, zwłaszcza gdy się ochładzało.
- On zabrał mi lalkę – odparła twardo dziewczynka, spoglądając z ukosa na brata.
- A ona mnie uderzyła!
- On mnie kopnął!
- Głupia jędza!
- Tchórzliwy wieprz!
- Dosyć!
Ojciec zmierzył rodzeństwo surowym spojrzeniem. Zawsze to on przywracał ład i porządek, gdy Bridge i Deris się kłócili, matka tylko patrzyła i dużo płakała. Chyba nigdy nie chciała poślubić ojca, ale nie miała wyboru.
- Przestańcie się kłócić, bo oddam was bogom – powiedział i piski natychmiast ucichły.
Nikt nie chciał iść na służbę do bogów. Kiedyś z każdej rodziny szła przynajmniej jedna kobieta, zwłaszcza gdy rodziło się dużo dzieci. Ale to było jeszcze w starych czasach, gdy nie budowano ogromnych świątyń z kamienia, gdy nie oszukiwano samych siebie, by przeżyć. Bridge żałowała, że nie żyła w tamtych wiekach – mogłaby tańczyć i śpiewać ku chwale bogów, a nie siedzieć w zimnym budynku i mamrotać niezrozumiałe formułki.
Gdyby bogowie wysłuchiwali próśb ludzi, nie byłoby cesarza, pomyślała Bridge i spuściła kornie wzrok.


*

Srebrny gryf zatoczył kolejne koło nad wieżycą zamku pod czujnym okiem swego pana, by w końcu łagodnie opaść w dół z cichym szelestem długich piór, mieniących się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Złocista tarcza wydawała się na wyciągnięcie ręki, choć w rzeczywistości tonęła wiele mil dalej, w chłodnej toni Wielkiej Wody.
Cesarz miał wzrok utkwiony w horyzont, czoło zmarszczone, a usta zaciśnięte. Ilekroć obserwował zachód słońca, czuł, że nie jest tak potężny, za jakiego wszyscy go mieli. Podobnie jak nie potrafił pochwycić Galis*, tak nie mógł mienić się panem wszelkich ziem.
Podporządkował sobie wschód, pokłonił mu się Surgh V z Królestwa Tilumar, król Lomer z Alarii, a nawet Indus – surowy władca Ristii. Samotnymi Wyspami się nie martwił – północ jadła z ręki Lomerowi, który trzymał w szachu korsarzy i rozbójników skrytych wśród rozległych wód. Ale to południe... To przeklęte południe! Mifret, wielka kopalnia Eyi, w której panoszyli się orkowie, Kalurdun spółkujący z Saurem – trzy kraje opierające się woli cesarza. I buntownicy... schowali się jak szczury w swoich norach na ziemiach niczyich i napadają na straże cesarskie, zgarniają ziemię, a na dodatek mnożą się bez ustanku, zalewając Eyę swoją plugawą krwią.
- Południowe skurwysyny!
Przekleństwo samo wypłynęło z ust cesarza, nawet nie wiedział kiedy. Gryf skrzywił się, unosząc lwią łapę do góry, jakby chciał upomnieć swojego pana. Ten westchnął ciężko i oparł się o blankę, podziwiając ostatnie pomarańczowe błyski zmieszane z błękitną szarością nieba.
- Ludzie nie wierzą.
Cesarz Ossan nie odwrócił się, poznając maga nie tyle po głosie, co po tonie. Czarodziej nigdy nie tytułował swego pana nie dlatego, że go nie szanował, lecz znał Ossana od dziecka i traktował wciąż jak podrostka, chociaż władca Cesarstwa Emmural miał już ponad pięćdziesiąt lat. Cesarzowi to jednak nie przeszkadzało, gdyż cenił sobie zdanie maga bardziej niż kogokolwiek innego.
- Daruj, ale to nie mój problem – rzekł ozięble Ossan, mierzwiąc gryfowi lwią grzywę. – Mam władzę nad ich ciałami, nie nad duszami.
- Jest twój tak, jak twój jest lud. Nie możesz dopuścić do podziału. – Mag zmarszczył ciemne, krzaczaste brwi.
Cesarz odwrócił się na te słowa. Znajoma wysoka sylwetka maga wydała mu się nieco przygarbiona, jakby brzemię spoczywające na jego barkach nagle stało się zbyt ciężkie. Gęste, czarne włosy mężczyzny opadały na ramiona, zlewając się z ciemną peleryną, pospiesznie zarzuconą na ramiona. Wydawać by się mogło, iż czarodziej jest młodym mężczyzną i tak naprawdę o podeszłym wieku świadczyły jedynie troski i zmartwienia, które wyryły się na twarzy pod postacią głębokich zmarszczek. Były jeszcze oczy – duże i ciemne niczym dwie głębokie studnie. Nawet Ossan czuł przed nimi lęk.
- Lud zawsze będzie podzielony. – Cesarz chciał mieć ostatnie słowo.
- Tak, jak jego władcy – mruknął mag, a gryf Ossana wydał gardłowy dźwięk ni to oburzenia, ni aprobaty.
Powiał wiatr i cesarz musiał odgarnąć z twarzy swoje złociste włosy, spoglądając ponuro w stronę maga. Ten stał niewzruszony, ściskając w dłoni ciemny kostur pokryty runicznymi symbolami i patrzył gdzieś ponad ramionami władcy.
- Obawiam się, że to nie wystarczy, nie tym razem, Złoty Gryfie... - Mag zwykł tak nazywać Ossana, gdy ten był jeszcze dzieckiem. Cesarz nie sądził, iż czarodziej pamięta stary przydomek.
Złotowłosy mężczyzna spojrzał na prawdziwego gryfa, czającego się nieopodal wieży. Wielką cenę przyjdzie nam zapłacić za to, czego pragniemy, pomyślał, zanim przemówił.
- Zostałem całkiem sam, Radenosie... Mam doradców, którzy, gdyby tylko mogli, wbiliby mi nóż w plecy. Kto wie, czy właśnie teraz tego nie planują? Mam władzę w świecie, który nie istnieje, wszystko wydaje mi się iluzją. Jest tak... nieosiągalne. Mam ziemie, które pogrążają się w chaosie, a ja nic nie mogę z tym zrobić. Mam wrogów, których stale przybywa... Moi ojcowie wyznaczyli mi trudne zadanie.
- Masz jeszcze żonę – przypomniał Radenos.
Cesarz odwrócił się od maga i po raz kolejny spojrzał na horyzont.
- Tak, mam żonę. Mam żonę, która nie może mi dać dziedzica, żonę, która jest mi obca, żonę, której nie mogę pokochać. Nie mam serca, Radenosie. - Ossan zacisnął dłonie w pieści, ale nie spojrzał na maga, nie potrafił się na to zdobyć.
- Khasili negt rutis barre... ** - powiedział cicho starzec.
Srebrzysty gryf podszedł do swojego pana i musnął dziobem jego lewą dłoń, wydając głuchy, gardłowy dźwięk. Ossan pogłaskał zwierzę, z niezmienną obojętnością wpatrując się przed siebie.
- Eri dail et matre tarre. ***


* Słońce – nazywano je tak w czasach starych bogów, w niektórych rejonach ta nazwa przetrwała do tej pory;
** Cesarz nie potrzebuje serca;
*** Ale dobrze, by je miał... - przysłowie ludowe;


*

Chłód bijący od posadzki sprawiał, że klęczącymi, jasnymi postaciami raz po raz wstrząsały dreszcze. Czerwony księżyc, będący niekiedy zapowiedzią rozlewu krwi, otulał swą złowróżbną poświatą uśpioną Valadię, pełną krętych uliczek i prostych domów. Zaglądał nawet do świątyni, leżącej na pograniczu lasu otaczającego gościniec, by dostrzec to, czego nie mógł ujrzeć żaden człowiek – magię.
Czaiła się w kącie, uśpiona, lecz gotowa, by w każdej chwili zadziałać. Podobnie jak krwisty księżyc, obserwowała zręczne ludzkie dłonie, które to opadały, to wznosiły się łagodnym łukiem ku sklepieniu. Tam, niedostrzeżony przez tuzin klęczących dziewcząt, płonął ogień. Jasny, złowróżbny i nieujarzmiony, dziki ogień bogów.
- Znacie swą rolę, kapłanki. - Niska i posępna kobieta wystąpiła z cienia i ukazała kwadratową, ponurą twarz. Łypnęła na młode dziewczyny swoimi burymi oczami i odchrząknęła. - Ogień naznaczy jedną z was – nie jest to powód do chluby, ale też nie do wstydu. Będzie tak, jak zażyczą sobie bogowie...
Syk pnących się coraz wyżej płomieni rozbrzmiał w kamiennej sali tak głośno, jakby zadęto w surmy, ostra woń dymu wdarła się do płuc, nie dając zapomnieć o niszczycielskiej mocy ognia.
I nagle szum, przypominający trzepot skrzydeł orła, wzbijającego się do lotu; szum, któremu towarzyszył blask. Dziewczęta nie odważyły się spojrzeć do góry, trwały w bezruchu, klęcząc na zimnym kamieniu z kornie spuszczonymi głowami. Ich białe suknie spływały po popielatej posadzce niczym spieniona woda wśród skał. Dokonało się.
Nie podnosząc wzroku, kapłanki opuściły salę, przemykając za przysadzistą kobietą, której zadanie zostało już wypełnione. Odczuwały ulgę, że to nie na nie padł wybór, bowiem kto raz został wybrany przez bogów, wiecznie musiał dźwigać brzemię.
Została tylko jedna, niepozorna dziewczyna. Była starsza niż pozostałe kapłanki i górowała nad większością z nich. Twarz zasłaniały jej ciemne, niemal czarne włosy, wijące się wzdłuż ciała. Gdy je odgarnęła drżącymi ze strachu dłońmi i spojrzała do góry niebiesko-zielonymi oczami, ukazała nieco chmurne oblicze. Była blada, przez co usta wydawały się zbyt wyraźnie zarysowane, jakby malarz pochopnie zaznaczył łuki warg. Przez jej oblicze przemknął strach, zdumienie, aż w końcu pojawiła się bezbarwna rezygnacja.
- Nimnar. - Imię powtórzyła magia, powtórzył ogień, powtórzył księżyc… Może to tylko echo szydziło z położenia dziewczyny?
- Nimnar. - Z cienia nie wyłonił się ani księżyc, ani ogień bogów, ani magia, lecz smukła kobieca postać. Klęcząca kapłanka pomyślała, jak zawsze, gdy widziała Elilenę, że przełożona jest piękna. Nie była to jednak ta uroda, która kusiła w mrocznych zaułkach, ani nawet ta, która gościła na królewskim dworze. Elilena ze swoimi złocistymi włosami, lekko powiewającymi nawet wtedy, gdy nie było wiatru, z mądrymi oczami barwy zachmurzonego nieba przypominała Nimnar pradawną boginię.
- Nie bój się.
Nimnar ostrożnie wstała, lekko chwiejąc się na zdrętwiałych nogach, słysząc trzaskanie płomieni błyskających pod sklepieniem.
- Zostałaś wybrana – rzekła ze smutkiem Elilena i zbliżyła się do kapłanki, a wokół niej unosiła się delikatna woń nenufarów. - To zaszczyt.
- To przekleństwo! - odpowiedziała dziewczyna, a ogień syknął ostrzegawczo.
Elilena przysiadła na kamiennym schodku, oddzielającym tę część komnaty, w której kapłanki zwykle wznosiły modły od tej, która była poświęcona Jedynemu.
- Nigdy nie życzyłam ci takiego losu. - Pokręciła głową. - Nawet nie sądziłam, że... to możesz być ty. Jednak najwyraźniej się pomyliłam... To zawsze byłaś ty, Nimnar.
- Nie. Bogowie nie powinni mnie wybierać...
- Nikt ich nigdy nie zrozumie, taki już los bogów. Wymyślają reguły do swojej gry, ale pionki nie zawsze są im posłuszne. To zabawne, nie uważasz? - Przełożona uśmiechnęła się lekko. - Nie bądź im posłuszna, Nimnar. Bogowie myślą wyłącznie o sobie, nie zawahają się przed niczym…
- Ja też się nie zawaham – odpowiedziała kapłanka.
Elilena zaśmiała się przekornie, spod fałd spódnicy wyciągając prostą sakiewkę. Przez chwilę ważyła ją w dłoni, błądząc wzrokiem po komnacie, jakby chciała zapytać każdego kamienia, czy słusznie postępuje, przekazując swój skarb młódce. Dopiero zniecierpliwiony ogień buchnął wyżej płomieniami, ponaglając kobietę.
- To twoja odpowiedź, Nimnar. – Wręczyła dziewczynie sakiewkę i w chwilę później już zniknęła ni to za drzwiami do komnaty, ni to w poświacie księżyca. Wraz z nią odszedł srebrzysty blask, zgasł ogień i umknęła magia, pozostawiając Nimnar w ciemnej i chłodnej sali.
Dziewczyna rozsupłała węzeł i wyciągnęła z sakiewki idealnie okrągły kamień, jasny i zimny, niczym księżyc zawieszony wśród gwiazd, z czarną źrenicą pośrodku - Oko Bogów. Drogocenny kamień, w którym, według legendy, zamknięto moce pierwszych magów, żywioły. Nimnar nie sądziła, iż Oko istnieje naprawdę, było przecież jedynie bajką o pięknych, starych czasach, gdy magia była darem, a nie klątwą.
Huk. To ogień harcował pod sklepieniem. Nie! Ogień odszedł, więc kto? Tupot wielu nóg na kamiennej posadzce, gardłowe okrzyki pełne podniecenia i swąd dymu. Ogień?
Nimnar rozejrzała się wokół, szukając ratunku, ale nie mogła go znaleźć, przecież została sama. Schowała Oko do sakiewki i ukryła ją pod fałdami białej sukni kapłanki. Podbiegła do wyjścia, ale słyszała za nimi huk przewracanych ław i złowróżbny stukot buciorów. Zaryglowała drzwi, tym samym odcinając sobie jedyną drogę ucieczki. Okno było zbyt wąskie, by zdołała się przezeń przecisnąć...
Huk. Trzask wyłamywanych drzwi, krzyki kapłanek i podniesione głosy mężczyzn. Twarze przesłonięte krwawymi maskami. Puste oczy, które już nie patrzyły. Śmiech. Ostry, kujący, wdzierający się do głowy, by odbijać się echem. Skowyt. Nie, to nie zwierz, to człowiek. I łzy.
Nimnar płakała, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy. Zadrżała, gdy ktoś naparł na drzwi do komnaty. Jej wzrok przesunął się po kamiennych ścianach, by spocząć na mlecznobiałym ołtarzu, na którym dawniej składano ofiary bogom, a teraz jedynie układano kwiaty i palono wonne kadzidła. Spojrzała na posadzkę pod nim – to była jej szansa.
Rzuciła się do przodu, omal nie potykając się na kamiennym schodku. Odsunęła ciężką płytę, odsłaniając ciemną dziurę, przypominającą głęboką studnię. Nimnar rzuciła ostatnie spojrzenie za siebie, siadając na skraju otworu tak, że nogi swobodnie zwisały wzdłuż kamienia. Skoczyła, ocierając się boleśnie biodrem o płytę. Wyciągnęła dłonie do góry, by zasłonić przejście. W tym samym czasie drzwi do komnaty wyleciały z zawiasów z trzaskiem.
Postawny mężczyzna wszedł do sali wolnym, niemal dostojnym krokiem, trzymając dłoń na głowicy miecza przytroczonego do pasa. W półmroku widać było jedynie jasne oczy, gdy omiatał wzrokiem komnatę i łopoczącą pelerynę barwy świeżo przelanej krwi.
Jego wzrok spoczął na dymiącym kadzidle, które, w odróżnieniu od innych, leżało na ziemi, wśród popiołów. Mężczyzna spojrzał nieco dalej, pod ołtarz, gdzie znajdował się śnieżnobiały kwiat – mirt. Roślina kapłanek służących Jedynemu, symbolizująca ich niewinność i łagodność, w tym wypadku jednak przypieczętowała los jednej z nich.
- Kapitanie Damir, nigdzie jej nie ma! - Do komnaty wbiegł młodzieniec o krótkich, ciemnych włosach, typowych dla rycerzy cesarza. On również miał na sobie karmazynową pelerynę, chociaż nie tak piękną, jak jego towarzysz.
- Jest... - mruknął Damir, postępując kilka kroków w stronę ołtarza. - Jest.


*

Życie jest zbyt cenne...
Upadek.
...by je stracić.
Kolejna ostra gałązka smagająca twarz.
Uciekaj!
Nimnar oddychała ciężko, lecz wciąż biegła przed siebie, w ostatniej chwili omijając wyłaniające się z mroku drzewa. Kuło ją w boku, ale wiedziała, że nie może się zatrzymać. Jeszcze nie... Nie teraz! Spódnicę miała podartą, czoło zroszone potem, a policzki czerwone. Dziewczynie brakowało sił, czuła ucisk w piersiach, a gardło drapało od chłodnego, nocnego powietrza, które łapczywie wdychała.
Uciekała od duszącego dymu, wyciskającego łzy z oczu tym, którzy jeszcze nie płakali krwią, od chłodnych murów świątyni, od całego swojego dotychczasowego życia. Stchórzyła.
Kolejny upadek zaskoczył ją piekącym bólem obdartych dłoni i słodkawą wonią wilgotnej ziemi. Odwróciła się na plecy, z trudem łapiąc powietrze i zamarła.
Postawna sylwetka mężczyzny zamajaczyła przed oczami, a w chwilę później kapłanka rozpoznała szkarłatną pelerynę, której tak długo się wystrzegała. Karmazynowi Rycerze. Ludzie oddani cesarzowi, na jego rozkaz wyłapujący mieszańców takich jak Nimnar. Półelfka. Brudnej krwi, skażona. Nie sądziła, że są w okolicy, że szukają mieszańców... Czuła się tak naiwnie bezpieczna!
Mężczyzna pociągnął Nimnar za poobdzieraną ze skóry dłoń tak, że musiała stanąć na nogach. Serce omal nie wyskoczyło z piersi, z trudem nie upadła z powrotem na ziemię. Bała się tego, co ją czeka. Bała się tego, co znała jedynie z opowieści wędrowców – bólu.
Nie zdążyła postąpić kilku kroków, gdy ktoś odepchnął półelfkę na bok i rzucił się na rycerza. Złowróżbna stal błyskała co chwilę w krwawym świetle księżyca, który wyłonił się zza chmur i z wyraźnym trudem przedzierał się przez konary drzew, aż do podszycia.
Metaliczny, słodko-kwaśny zapach krwi przypomniał Nimnar o tym, że nieopodal giną inne kapłanki, które nie miały jak uciec. Giną za nią, bo przecież żadna nie wie, dokąd uciekła półelfka. Jedynie Elilena, lecz ją trudno znaleźć, jeżeli sama tego nie chce. Pewnie teraz sunie po korytarzach, niezauważona przez nikogo. Gdyby Nimnar nie uciekła...
- Uciekaj, głupia!
Co? Półelfka zerwała się na równe nogi, zapominając zupełnie o zmęczeniu. Pobiegła przed siebie, nie bacząc na to, co dzieje się wokół, byle jak najdalej od Karmazynowego Rycerza, jak najdalej od śmierci.
Wpadła w czyjeś ramiona i poczuła zapach dobrze znanych ziół, których nazwy nie mogła sobie przypomnieć. Obrócono ją w prawo i pociągnięto w las.
- Kim jesteś? - Nimnar usiłowała wyrwać rękę z żelaznego uścisku, lecz tajemnicza postać nie pozwalała na to.
- Twoją nadzieją – odparł kobiecy głos.



W końcu mi się udało! Męczyłam się z tym rozdziałem okropnie, pisząc dwa-trzy zdania co jakiś czas. Z tego, co Wam dzisiaj prezentuję jestem w miarę zadowolona. Są lepsze i gorsze momenty, ale ocenianie zostawiam już dla Was. Na pewno nie udałoby mi się tego rozdziału napisać bez Rivy, która zawsze wie, jak  przywrócić mi wenę i zagonić do pisania. Dziękuję, córo Hekate :3 Dziękuję też Nomidzie, bez której w moich tekstach wciąż panoszyłyby się koszmarne błędy. Mam nadzieję, że mnie nie zjecie. 

Obserwatorzy

Nomida zaczarowane-szablony