- Oddaj mi ją! – pisnęła mała, niezwykle drobna dziewczynka o czerwonej twarzy. Jasne włosy miała zaplecione w mysi ogonek, który ledwie sięgał ramion.
Zatrzymała się pośrodku drogi, marszcząc brwi i zaciskając
śmiesznie piąstki. Była zła, bo wysoki, piegowaty chłopiec
zabrał jej szmacianą lalkę, którą dostała od siostry. Nazywała
się Królewną i dbała o nią najlepiej jak mogła, bo wiedziała,
że drugiej takiej zabawki nie dostanie nigdy. Siostrę owej
dziewczynki zabrała choroba, co boleśnie odbiło się na całej
rodzinie. Było ich w sumie pięcioro (nie licząc nieboszczki):
Bridge, która miała sześć lat, dziesięcioletni Deris, mały Jot
i rodzice.
Dziewczynka warknęła na brata jak pies, a gdy Deris zbliżył się
do niej – machnęła ręką na oślep, uderzając chłopca w twarz.
- Aua, wiedźmo! – jęknął i kopnął siostrę w łydkę tak, że
ta upadła na ziemię. W chwilę później obok niej leżała
szmaciana Królewna, a Deris biegł do rodziców, którzy dopiero
wyłaniali się zza zakrętu, by im się poskarżyć.
- Dalej, tchórzu – syknęła za nim Bridge, rozmasowując nogę.
Dziewczynka podniosła z czułością swoją lalkę i przygładziła
jej sterczące włosy, uśmiechając się blado. Następnie wcisnęła
zabawkę za pas i, słysząc wołanie matki, pobiegła w stronę
rodziców.
Mały Jot cały czas się ślinił i miał głupi wyraz twarzy.
Wyglądał tak zawsze, nawet gdy spał i Bridge nie rozumiała,
dlaczego rodzice go zatrzymali. Kiedyś siostra też miała dziecko,
ale nie spodobało jej się i po prostu zniknęło. Czasami Bridge
prosiła bogów, żeby Jot też zniknął i wiedziała, że matka też
się o to modliła. Chociaż innymi słowami, to jednak o to samo -
też nie chciała Jota. Były takie dni, kiedy go kochali – wtedy
matka się śmiała, a ojciec mówił, że jego najmłodszy syn
wyrośnie na wielkiego wojownika. Nawet Bridge i Deris się cieszyli,
zwłaszcza gdy matka pozwalała im zjeść trochę miodu.
Ale częściej go nienawidzili. Rodzice dobrze udawali, ale przecież
gdyby kochali Jota, to nie szliby do świątyni, by się pozbyć
chłopca. Bridge wiedziała o tym, bo podsłuchała, jak ojciec mówił
matce, że nie zdoła utrzymać ich wszystkich przez zimę i jeżeli
nie oddadzą Jota, to będą musieli poderżnąć sobie gardła.
Matka płakała.
Bridge potem jeszcze długo leżała i zastanawiała się, czy
bardziej boli poderżnięcie gardła, czy śmierć z głodu. W końcu
jednak stwierdziła, że każda śmierć boli i zaczęła prosić
bogów, by matka zgodziła się z ojcem.
- Bridge, przeproś brata – powiedziała cicho matka. Zawsze mówiła
cicho tak, że niekiedy trudno było ją zrozumieć. Była słaba,
zwłaszcza gdy się ochładzało.
- On zabrał mi lalkę – odparła twardo dziewczynka, spoglądając
z ukosa na brata.
- A ona mnie uderzyła!
- On mnie kopnął!
- Głupia jędza!
- Tchórzliwy wieprz!
- Dosyć!
Ojciec zmierzył rodzeństwo surowym spojrzeniem. Zawsze to on
przywracał ład i porządek, gdy Bridge i Deris się kłócili,
matka tylko patrzyła i dużo płakała. Chyba nigdy nie chciała
poślubić ojca, ale nie miała wyboru.
- Przestańcie się kłócić, bo oddam was bogom – powiedział i
piski natychmiast ucichły.
Nikt nie chciał iść na służbę do bogów. Kiedyś z każdej rodziny szła przynajmniej jedna kobieta,
zwłaszcza gdy rodziło się dużo dzieci. Ale to było jeszcze w
starych czasach, gdy nie budowano ogromnych świątyń z kamienia,
gdy nie oszukiwano samych siebie, by przeżyć. Bridge żałowała,
że nie żyła w tamtych wiekach – mogłaby tańczyć i śpiewać
ku chwale bogów, a nie siedzieć w zimnym budynku i mamrotać
niezrozumiałe formułki.
Gdyby bogowie wysłuchiwali próśb ludzi, nie byłoby cesarza,
pomyślała Bridge i spuściła kornie wzrok.
*
Srebrny gryf zatoczył kolejne koło nad wieżycą zamku pod czujnym
okiem swego pana, by w końcu łagodnie opaść w dół z cichym
szelestem długich piór, mieniących się w ostatnich promieniach
zachodzącego słońca. Złocista tarcza wydawała się na
wyciągnięcie ręki, choć w rzeczywistości tonęła wiele mil
dalej, w chłodnej toni Wielkiej Wody.
Cesarz miał wzrok utkwiony w horyzont, czoło zmarszczone, a usta
zaciśnięte. Ilekroć obserwował zachód słońca, czuł, że nie
jest tak potężny, za jakiego wszyscy go mieli. Podobnie jak nie
potrafił pochwycić Galis*, tak nie mógł mienić się panem
wszelkich ziem.
Podporządkował sobie wschód, pokłonił mu się Surgh V z
Królestwa Tilumar, król Lomer z Alarii, a nawet Indus – surowy
władca Ristii. Samotnymi Wyspami się nie martwił – północ
jadła z ręki Lomerowi, który trzymał w szachu korsarzy i
rozbójników skrytych wśród rozległych wód. Ale to południe...
To przeklęte południe! Mifret, wielka kopalnia Eyi, w której
panoszyli się orkowie, Kalurdun spółkujący z Saurem – trzy
kraje opierające się woli cesarza. I buntownicy... schowali się
jak szczury w swoich norach na ziemiach niczyich i napadają na
straże cesarskie, zgarniają ziemię, a na dodatek mnożą się bez
ustanku, zalewając Eyę swoją plugawą krwią.
- Południowe skurwysyny!
Przekleństwo samo wypłynęło z ust cesarza, nawet nie wiedział
kiedy. Gryf skrzywił się, unosząc lwią łapę do góry, jakby
chciał upomnieć swojego pana. Ten westchnął ciężko i oparł się
o blankę, podziwiając ostatnie pomarańczowe błyski zmieszane z
błękitną szarością nieba.
- Ludzie nie wierzą.
Cesarz Ossan nie odwrócił się, poznając maga nie tyle po głosie,
co po tonie. Czarodziej nigdy nie tytułował swego pana nie dlatego,
że go nie szanował, lecz znał Ossana od dziecka i traktował wciąż
jak podrostka, chociaż władca Cesarstwa Emmural miał już ponad
pięćdziesiąt lat. Cesarzowi to jednak nie przeszkadzało, gdyż
cenił sobie zdanie maga bardziej niż kogokolwiek innego.
- Daruj, ale to nie mój problem – rzekł ozięble Ossan, mierzwiąc
gryfowi lwią grzywę. – Mam władzę nad ich ciałami, nie nad
duszami.
- Jest twój tak, jak twój jest lud. Nie możesz dopuścić do
podziału. – Mag zmarszczył ciemne, krzaczaste brwi.
Cesarz odwrócił się na te słowa. Znajoma wysoka sylwetka maga
wydała mu się nieco przygarbiona, jakby brzemię spoczywające na
jego barkach nagle stało się zbyt ciężkie. Gęste, czarne włosy
mężczyzny opadały na ramiona, zlewając się z ciemną peleryną,
pospiesznie zarzuconą na ramiona. Wydawać by się mogło, iż
czarodziej jest młodym mężczyzną i tak naprawdę o podeszłym
wieku świadczyły jedynie troski i zmartwienia, które wyryły się
na twarzy pod postacią głębokich zmarszczek. Były jeszcze oczy –
duże i ciemne niczym dwie głębokie studnie. Nawet Ossan czuł
przed nimi lęk.
- Lud zawsze będzie podzielony. – Cesarz chciał mieć ostatnie
słowo.
- Tak, jak jego władcy – mruknął mag, a gryf Ossana wydał
gardłowy dźwięk ni to oburzenia, ni aprobaty.
Powiał wiatr i cesarz musiał odgarnąć z twarzy swoje złociste
włosy, spoglądając ponuro w stronę maga. Ten stał niewzruszony,
ściskając w dłoni ciemny kostur pokryty runicznymi symbolami i
patrzył gdzieś ponad ramionami władcy.
- Obawiam się, że to nie wystarczy, nie tym razem, Złoty Gryfie...
- Mag zwykł tak nazywać Ossana, gdy ten był jeszcze dzieckiem.
Cesarz nie sądził, iż czarodziej pamięta stary przydomek.
Złotowłosy mężczyzna spojrzał na prawdziwego gryfa, czającego
się nieopodal wieży. Wielką cenę przyjdzie nam zapłacić za to,
czego pragniemy, pomyślał, zanim przemówił.
- Zostałem całkiem sam, Radenosie... Mam doradców, którzy, gdyby
tylko mogli, wbiliby mi nóż w plecy. Kto wie, czy właśnie teraz
tego nie planują? Mam władzę w świecie, który nie istnieje,
wszystko wydaje mi się iluzją. Jest tak... nieosiągalne. Mam
ziemie, które pogrążają się w chaosie, a ja nic nie mogę z tym
zrobić. Mam wrogów, których stale przybywa... Moi ojcowie
wyznaczyli mi trudne zadanie.
- Masz jeszcze żonę – przypomniał Radenos.
Cesarz odwrócił się od maga i po raz kolejny spojrzał na
horyzont.
- Tak, mam żonę. Mam żonę, która nie może mi dać dziedzica,
żonę, która jest mi obca, żonę, której nie mogę pokochać. Nie
mam serca, Radenosie. - Ossan zacisnął dłonie w pieści, ale nie
spojrzał na maga, nie potrafił się na to zdobyć.
- Khasili negt rutis barre... ** - powiedział cicho starzec.
Srebrzysty gryf podszedł do swojego pana i musnął dziobem jego
lewą dłoń, wydając głuchy, gardłowy dźwięk. Ossan pogłaskał
zwierzę, z niezmienną obojętnością wpatrując się przed siebie.
- Eri dail et matre tarre. ***
* Słońce – nazywano je tak w czasach starych bogów, w niektórych
rejonach ta nazwa przetrwała do tej pory;
** Cesarz nie potrzebuje serca;
*** Ale dobrze, by je miał... - przysłowie ludowe;
*
Chłód bijący od posadzki sprawiał, że klęczącymi, jasnymi
postaciami raz po raz wstrząsały dreszcze. Czerwony księżyc,
będący niekiedy zapowiedzią rozlewu krwi, otulał swą złowróżbną
poświatą uśpioną Valadię, pełną krętych uliczek i prostych
domów. Zaglądał nawet do świątyni, leżącej na pograniczu
lasu otaczającego gościniec, by dostrzec to, czego nie mógł
ujrzeć żaden człowiek – magię.
Czaiła się w kącie, uśpiona, lecz gotowa, by w każdej chwili
zadziałać. Podobnie jak krwisty księżyc, obserwowała zręczne
ludzkie dłonie, które to opadały, to wznosiły się łagodnym
łukiem ku sklepieniu. Tam, niedostrzeżony przez tuzin klęczących
dziewcząt, płonął ogień. Jasny, złowróżbny i nieujarzmiony,
dziki ogień bogów.
- Znacie swą rolę, kapłanki. - Niska i posępna kobieta wystąpiła
z cienia i ukazała kwadratową, ponurą twarz. Łypnęła na młode
dziewczyny swoimi burymi oczami i odchrząknęła. - Ogień naznaczy
jedną z was – nie jest to powód do chluby, ale też nie do
wstydu. Będzie tak, jak zażyczą sobie bogowie...
Syk pnących się coraz wyżej płomieni rozbrzmiał w kamiennej sali
tak głośno, jakby zadęto w surmy, ostra woń dymu wdarła się do
płuc, nie dając zapomnieć o niszczycielskiej mocy ognia.
I nagle szum, przypominający trzepot skrzydeł orła,
wzbijającego się do lotu; szum, któremu towarzyszył blask.
Dziewczęta nie odważyły się spojrzeć do góry, trwały w
bezruchu, klęcząc na zimnym kamieniu z kornie spuszczonymi głowami.
Ich białe suknie spływały po popielatej posadzce niczym spieniona
woda wśród skał. Dokonało się.
Nie podnosząc wzroku, kapłanki opuściły salę, przemykając za
przysadzistą kobietą, której zadanie zostało już wypełnione.
Odczuwały ulgę, że to nie na nie padł wybór, bowiem kto raz
został wybrany przez bogów, wiecznie musiał dźwigać brzemię.
Została tylko jedna, niepozorna dziewczyna. Była starsza niż
pozostałe kapłanki i górowała nad większością z nich. Twarz
zasłaniały jej ciemne, niemal czarne włosy, wijące się wzdłuż
ciała. Gdy je odgarnęła drżącymi ze strachu dłońmi i spojrzała
do góry niebiesko-zielonymi oczami, ukazała nieco chmurne oblicze.
Była blada, przez co usta wydawały się zbyt wyraźnie zarysowane,
jakby malarz pochopnie zaznaczył łuki warg. Przez jej oblicze
przemknął strach, zdumienie, aż w końcu pojawiła się bezbarwna
rezygnacja.
- Nimnar. - Imię powtórzyła magia, powtórzył ogień, powtórzył
księżyc… Może to tylko echo szydziło z położenia dziewczyny?
- Nimnar. - Z cienia nie wyłonił się ani księżyc, ani ogień
bogów, ani magia, lecz smukła kobieca postać. Klęcząca kapłanka
pomyślała, jak zawsze, gdy widziała Elilenę, że przełożona
jest piękna. Nie była to jednak ta uroda, która kusiła w
mrocznych zaułkach, ani nawet ta, która gościła na królewskim
dworze. Elilena ze swoimi złocistymi włosami, lekko powiewającymi
nawet wtedy, gdy nie było wiatru, z mądrymi oczami barwy
zachmurzonego nieba przypominała Nimnar pradawną boginię.
- Nie bój się.
Nimnar ostrożnie wstała, lekko chwiejąc się na zdrętwiałych
nogach, słysząc trzaskanie płomieni błyskających pod
sklepieniem.
- Zostałaś wybrana – rzekła ze smutkiem Elilena i zbliżyła się
do kapłanki, a wokół niej unosiła się delikatna woń nenufarów.
- To zaszczyt.
- To przekleństwo! - odpowiedziała dziewczyna, a ogień syknął
ostrzegawczo.
Elilena przysiadła na kamiennym schodku, oddzielającym tę część
komnaty, w której kapłanki zwykle wznosiły modły od tej, która
była poświęcona Jedynemu.
- Nigdy nie życzyłam ci takiego losu. - Pokręciła głową. -
Nawet nie sądziłam, że... to możesz być ty. Jednak najwyraźniej
się pomyliłam... To zawsze byłaś ty, Nimnar.
- Nie. Bogowie nie powinni mnie wybierać...
- Nikt ich nigdy nie zrozumie, taki już los bogów. Wymyślają
reguły do swojej gry, ale pionki nie zawsze są im posłuszne. To
zabawne, nie uważasz? - Przełożona uśmiechnęła się lekko. -
Nie bądź im posłuszna, Nimnar. Bogowie myślą wyłącznie o
sobie, nie zawahają się przed niczym…
- Ja też się nie zawaham – odpowiedziała kapłanka.
Elilena zaśmiała się przekornie, spod fałd spódnicy wyciągając
prostą sakiewkę. Przez chwilę ważyła ją w dłoni, błądząc
wzrokiem po komnacie, jakby chciała zapytać każdego kamienia, czy
słusznie postępuje, przekazując swój skarb młódce. Dopiero
zniecierpliwiony ogień buchnął wyżej płomieniami, ponaglając
kobietę.
- To twoja odpowiedź, Nimnar. – Wręczyła dziewczynie sakiewkę i
w chwilę później już zniknęła ni to za drzwiami do komnaty, ni
to w poświacie księżyca. Wraz z nią odszedł
srebrzysty blask, zgasł ogień i umknęła magia, pozostawiając
Nimnar w ciemnej i chłodnej sali.
Dziewczyna rozsupłała węzeł i wyciągnęła z sakiewki idealnie
okrągły kamień, jasny i zimny, niczym księżyc zawieszony
wśród gwiazd, z czarną źrenicą pośrodku - Oko Bogów.
Drogocenny kamień, w którym, według legendy, zamknięto moce
pierwszych magów, żywioły. Nimnar nie sądziła, iż Oko istnieje
naprawdę, było przecież jedynie bajką o pięknych, starych
czasach, gdy magia była darem, a nie klątwą.
Huk. To ogień harcował pod sklepieniem. Nie! Ogień odszedł, więc
kto? Tupot wielu nóg na kamiennej posadzce, gardłowe okrzyki pełne
podniecenia i swąd dymu. Ogień?
Nimnar rozejrzała się wokół, szukając ratunku, ale nie mogła go
znaleźć, przecież została sama. Schowała Oko do sakiewki i
ukryła ją pod fałdami białej sukni kapłanki. Podbiegła do
wyjścia, ale słyszała za nimi huk przewracanych ław i złowróżbny
stukot buciorów. Zaryglowała drzwi, tym samym odcinając sobie
jedyną drogę ucieczki. Okno było zbyt wąskie, by zdołała się
przezeń przecisnąć...
Huk. Trzask wyłamywanych drzwi, krzyki kapłanek i podniesione głosy
mężczyzn. Twarze przesłonięte krwawymi maskami. Puste oczy, które
już nie patrzyły. Śmiech. Ostry, kujący, wdzierający się do
głowy, by odbijać się echem. Skowyt. Nie, to nie zwierz, to
człowiek. I łzy.
Nimnar płakała, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy.
Zadrżała, gdy ktoś naparł na drzwi do komnaty. Jej wzrok
przesunął się po kamiennych ścianach, by spocząć na
mlecznobiałym ołtarzu, na którym dawniej składano ofiary bogom, a
teraz jedynie układano kwiaty i palono wonne kadzidła. Spojrzała
na posadzkę pod nim – to była jej szansa.
Rzuciła się do przodu, omal nie potykając się na kamiennym
schodku. Odsunęła ciężką płytę, odsłaniając ciemną dziurę,
przypominającą głęboką studnię. Nimnar rzuciła ostatnie
spojrzenie za siebie, siadając na skraju otworu tak, że nogi
swobodnie zwisały wzdłuż kamienia. Skoczyła, ocierając się
boleśnie biodrem o płytę. Wyciągnęła dłonie do góry, by
zasłonić przejście. W tym samym czasie drzwi do komnaty wyleciały
z zawiasów z trzaskiem.
Postawny mężczyzna wszedł do sali wolnym, niemal dostojnym
krokiem, trzymając dłoń na głowicy miecza przytroczonego do pasa.
W półmroku widać było jedynie jasne oczy, gdy omiatał wzrokiem
komnatę i łopoczącą pelerynę barwy świeżo przelanej krwi.
Jego wzrok spoczął na dymiącym kadzidle, które, w odróżnieniu
od innych, leżało na ziemi, wśród popiołów. Mężczyzna
spojrzał nieco dalej, pod ołtarz, gdzie znajdował się
śnieżnobiały kwiat – mirt. Roślina kapłanek służących
Jedynemu, symbolizująca ich niewinność i łagodność, w tym
wypadku jednak przypieczętowała los jednej z nich.
- Kapitanie Damir, nigdzie jej nie ma! - Do komnaty wbiegł
młodzieniec o krótkich, ciemnych włosach, typowych dla rycerzy
cesarza. On również miał na sobie karmazynową pelerynę, chociaż
nie tak piękną, jak jego towarzysz.
- Jest... - mruknął Damir, postępując kilka kroków w stronę
ołtarza. - Jest.
*
Życie jest zbyt cenne...
Upadek.
...by je stracić.
Kolejna ostra gałązka smagająca twarz.
Uciekaj!
Nimnar oddychała ciężko, lecz wciąż biegła przed siebie, w
ostatniej chwili omijając wyłaniające się z mroku drzewa. Kuło
ją w boku, ale wiedziała, że nie może się zatrzymać. Jeszcze
nie... Nie teraz! Spódnicę miała podartą, czoło zroszone potem,
a policzki czerwone. Dziewczynie brakowało sił, czuła ucisk w
piersiach, a gardło drapało od chłodnego, nocnego powietrza, które
łapczywie wdychała.
Uciekała od duszącego dymu, wyciskającego łzy z oczu tym, którzy
jeszcze nie płakali krwią, od chłodnych murów świątyni, od
całego swojego dotychczasowego życia. Stchórzyła.
Kolejny upadek zaskoczył ją piekącym bólem obdartych dłoni i
słodkawą wonią wilgotnej ziemi. Odwróciła się na plecy, z
trudem łapiąc powietrze i zamarła.
Postawna sylwetka mężczyzny zamajaczyła przed oczami, a w chwilę
później kapłanka rozpoznała szkarłatną pelerynę, której tak
długo się wystrzegała. Karmazynowi Rycerze. Ludzie oddani
cesarzowi, na jego rozkaz wyłapujący mieszańców takich jak
Nimnar. Półelfka. Brudnej krwi, skażona. Nie sądziła, że są w
okolicy, że szukają mieszańców... Czuła się tak naiwnie
bezpieczna!
Mężczyzna pociągnął Nimnar za poobdzieraną ze skóry dłoń
tak, że musiała stanąć na nogach. Serce omal nie wyskoczyło z
piersi, z trudem nie upadła z powrotem na ziemię. Bała się tego,
co ją czeka. Bała się tego, co znała jedynie z opowieści
wędrowców – bólu.
Nie zdążyła postąpić kilku kroków, gdy ktoś odepchnął
półelfkę na bok i rzucił się na rycerza. Złowróżbna stal
błyskała co chwilę w krwawym świetle księżyca, który wyłonił
się zza chmur i z wyraźnym trudem przedzierał się przez konary
drzew, aż do podszycia.
Metaliczny, słodko-kwaśny zapach krwi przypomniał Nimnar o tym, że
nieopodal giną inne kapłanki, które nie miały jak uciec. Giną za
nią, bo przecież żadna nie wie, dokąd uciekła półelfka.
Jedynie Elilena, lecz ją trudno znaleźć, jeżeli sama tego nie
chce. Pewnie teraz sunie po korytarzach, niezauważona przez nikogo.
Gdyby Nimnar nie uciekła...
- Uciekaj, głupia!
Co? Półelfka zerwała się na równe nogi, zapominając zupełnie o
zmęczeniu. Pobiegła przed siebie, nie bacząc na to, co dzieje się
wokół, byle jak najdalej od Karmazynowego Rycerza, jak najdalej od
śmierci.
Wpadła w czyjeś ramiona i poczuła zapach dobrze znanych ziół,
których nazwy nie mogła sobie przypomnieć. Obrócono ją w prawo i
pociągnięto w las.
- Kim jesteś? - Nimnar usiłowała wyrwać rękę z żelaznego
uścisku, lecz tajemnicza postać nie pozwalała na to.
- Twoją nadzieją – odparł kobiecy głos.
W końcu mi się udało! Męczyłam się z tym rozdziałem okropnie, pisząc dwa-trzy zdania co jakiś czas. Z tego, co Wam dzisiaj prezentuję jestem w miarę zadowolona. Są lepsze i gorsze momenty, ale ocenianie zostawiam już dla Was. Na pewno nie udałoby mi się tego rozdziału napisać bez Rivy, która zawsze wie, jak przywrócić mi wenę i zagonić do pisania. Dziękuję, córo Hekate :3 Dziękuję też Nomidzie, bez której w moich tekstach wciąż panoszyłyby się koszmarne błędy. Mam nadzieję, że mnie nie zjecie.