wtorek, 22 lipca 2014

Rozdział II Pożoga

Damir spoglądał na płonące miasto z grzbietu swojego wierzchowca. Rozkoszował się wonią śmierci a wrzask płonących żywcem ludzi był dla niego najpiękniejszą muzyką. Czuł się jak stwórca podziwiający swoje dzieło, decydujący o życiu i śmierci, wszechwładny i potężniejszy od królów. Jego słowo stawało się prawem, a w jednej chwili mógł zniszczyć to, co wielu tworzyło wiekami. Nikt nie mógł go powstrzymać i zawsze dostawał to, czego chciał. Nie wzruszały go błagania ludzi, nawet ta słodka Elilena nie mogła zmienić jego decyzji. Uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie jej żałosnych próśb. Taka dumna była jako najwyższa kapłanka a i tak ostatecznie padła przed nim na kolana i zawodziła jak suka. Podniecała go myśl, że ma moc o jakiej innym nawet się nie śniło. Dał jej nadzieję. Pamiętał jak spojrzała na niego tymi swoimi dużymi, pięknymi oczami z ulgą i wdzięcznością, jak nie mogła znaleźć słów by podziękować za łaskę, gdy obiecał jej, że nikogo nie skrzywdzi i zostawi tą dziurę w spokoju. Gotowa była całować rąbek jego peleryny i zanosić modły za miłosiernego kapitana Damira, gdy zaśmiał się jej w twarz i wydał rozkaz.
- Puścić z dymem tą dziurę!
Jakże była zdziwiona, ta naiwna kurwa ze śnieżnobiałego burdelu. A on się śmiał tylko. I śmiał się nawet wtedy, gdy rycerze podrzynali gardła jej przyjaciółkom, gdy brali ją jeden po drugim na środku ulicy, gdy podpalali kolejne chaty i gdy rozpruwali ojcom brzuchy na oczach dzieci.
A teraz dawał im lekcje, której nie zapomną długo. Obiecali mu półelfkę, a pomogli jej uciec. Tyle lat jej szukał, tyle żyć odebrał, że ta brudaska nawet nie zdołałaby się doliczyć. I wszystko to na nic? Nie. Zobaczą jak to jest, gdy się krzyżuje plany boga.
- Kapitanie, mamy ją. – Głos jednego z rycerzy przerwał Damirowi rozmyślania.
W innych okolicznościach, odprawiłby upierdliwego rycerza i zapamiętał jego imię, ale teraz odwrócił wzrok od Valadii i skierował go na posłańca.
- Prowadź.
Spięli konie i ruszyli w kierunku obozu. Rozłożyli się nieco dalej od Valadii, przy rzece. Nocne powietrze było niezwykle orzeźwiające i pomogło Damirowi ochłonąć. Gdy dotarli do obozu, zsiadł z konia i oddał go posłańcowi, by się nim zajął. Sam, udał się do swojego namiotu. Stojący przy wejściu strażnicy powitali go z szacunkiem i odsłonili kotarę.
Przez otwór widać było skromne umeblowanie namiotu. Duży stół z rozrzuconymi na nim planami miasta i świątyni, gdy przygotowali się do najazdu na Valadię, krzesło i siennik.
Damir wszedł do środka powoli i spojrzał z uwagą na spętaną dziewczynę. Miała ranę na głowie i lewa strona jej twarzy była pokryta zasychającą już krwią. Ciemne włosy zlepiły jej się w strąki od błota i krwi, a biała suknia była podarta i ukazywała jej ciało, pokryte siniakami.
- I co z naszą umową? – zapytał, nalewając sobie wina do kielicha. Upił łyk i przyciągnął krzesło nieco bliżej, by usiąść na wprost dziewczyny.
Spojrzała na niego przerażona, aż przeszły go dreszcze. Uwielbiał gdy kobiety patrzyły na niego ze strachem, może nawet bardziej niż gdy go podziwiały.
- Nie wiem, nie rozumiem co się stało – odpowiedziała łamiącym się głosem.
- Powiedziałaś, że półelfka będzie tego wieczora w świątyni – przypomniał jej Damir. – Nie wspomniałaś ani słowem, że może uciec podziemnymi tunelami. Nie było ich nawet w planach, które nam dałaś. A teraz nie rozumiesz co się stało? Wiesz co myślę? Że nie chciałaś żebyśmy ją znaleźli. Może nawet chciałaś nas wciągnąć w pułapkę? To brzmi jak zdrada! A wiesz co robimy ze zdrajcami?
Pochylił się nad nią ze złowróżbnym uśmiechem. Dziewczyna zaczęła się szamotać, ale więzy były zbyt ciasne by puścić. .
- Nie, to nie tak! – krzyknęła. – Nie wiedziałam o tunelach! Nie wiedziałam, że ją wybiorą!
Nagle zamilkła, jakby dosłownie ugryzła się w język, gdy zrozumiała, że powiedziała za wiele.
- Wybiorą – mruknął Damir. – Do czego?
Dziewczyna zacisnęła wargi i spuściła wzrok. Naprawdę myślała, że to takie proste? Nawet jeśli nie chciała mówić, nie miała już wyboru. Musiała powiedzieć wszystko, a i tak nie mogła mieć pewności, że dzięki temu przeżyje.
- Kapłanki w Valadii od zawsze były strażniczkami… - zaczęła cicho, przełykając łzy. – Spoczywała na nas ogromna odpowiedzialność. Był… jest pewien przedmiot, który musimy chronić za wszelką cenę. To zadanie nas wszystkich, ale jedna kapłanka zostaje… strażniczką.
- Co to za przedmiot? – zapytał Damir. Był coraz bardziej ciekawy. Może jednak fakt, że półelfka mu uciekła da się osłodzić odebraniem kapłankom tego cennego przedmiotu.
- To… to… Oko Bogów – niemal wyszeptała. – W tym kamieniu zamknięto moce pierwszych magów. Jest taka… legenda… że Cienie, które kiedyś władały światem… wrócą. Dlatego magowie stworzyli Oko…  żeby użyć go w walce gdy nadejdzie czas. Dzięki niemu można posiąść władzę nad jednym lub wszystkimi żywiołami i pokonać wszystkich wrogów.
Damir zamarł. Jako Karmazynowy Rycerz niszczył wszystko co nawiązywało do starych czasów lub miało związek z magią żywiołów lub krwi. Ale taka moc… na wyciągnięcie ręki. Jeśli teraz był potężny, jak wielki mógłby być gdyby zdobył Oko Bogów?
- Gdzie jest ten kamień? – zapytał może nieco zbyt szybko.
Dziewczyna spojrzała na niego. Cała się trzęsła.
- Ma go wybrana w nocy strażniczka… - powiedziała drżącym głosem.
- Kto?
- Nimnar.               
                                      

*


Jeszcze wczoraj, świt powitałby mieszkańców Valadii gęstą mgłą i słodkim śpiewem ptaków. Niedługo później otworzono by bramy i rozbrzmiałby gwar – handlarze rozstawiliby swoje stragany i przekrzykiwaliby się godzinami, by zwabić klientów; karczmarz usiadłby na głównej ulicy i zacząłby grać ludowe pieśni, dzieci biegałyby wokół śmiejąc się beztrosko.
Lecz tego dnia, Valadia się nie obudziła. Wszechobecna cisza otulała zgliszcza miasteczka z upiorną czułością. Wygłodniałe ptaszyska krążyły nisko nad ziemią, wypatrując padliny. Swąd dymu mieszał się z wonią krwi i miasteczko sprawiało wrażenie pustego. Nieliczne, ocalałe budynki stały się teraz schronieniem dla bezdomnych psów z okolicy, które teraz krążyły między martwymi ciałami obwąchując je dokładnie.
Budynek świątyni wznosił się na niewielkim wzgórzu ponad zgliszczami. Drzwi z trudem się otworzyły i stanęła w nich Elilena, najwyższa kapłanka. Ze smutkiem spojrzała na zniszczoną Valadię, swój dom. Zamrugała szybko, gdy poczuła  łzy napływające do oczu i cofnęła się do wnętrza świątyni.
Ocalali mieszkańcy wciąż byli przerażeni. Niektórzy przesiedzieli całą noc patrząc w jeden punkt lub tuląc tych bliskich, którzy przeżyli. Inni trwali jeszcze we śnie, znajdując w nim schronienie przed rozpaczą.
- Matko, trzeba pochować zmarłych – jedna z kapłanek zwróciła się do Elileny, delikatnie kładąc dłoń na jej ramieniu.
Najwyższa kapłanka skinęła głową. Myślami wróciła jednak do Nimnar. Czy przeżyła tę noc? Elilena wiedziała, że przeznaczenie półelfki będzie wymagało podejmowania trudnych decyzji, ale ostatnie wydarzenia sprawiły, że zaczęła się zastanawiać czy Nimnar znajdzie w sobie dość siły, by podjąć walkę. Pamiętała ją jeszcze jako małą dziewczynkę, gdy nikt nie przypuszczał co ją czeka – nieśmiałą, cichą i wrażliwą na ludzi wokół. Kim będzie musiała się stać, by wypełnić swoje przeznaczenie? Tego Elilena najbardziej się bała.


*


Nimnar obudziła się i towarzyszyło jej takie uczucie, jakby wynurzała się na powierzchnię. Złapała oddech łapczywie i usiadła. W pierwszej chwili nie mogła zrozumieć gdzie jest ani co się stało. Dopiero po chwili uderzyły ją wspomnienia wydarzeń ostatniej nocy. Została naznaczona przez magię, o czym przypomniał jej ciężar sakiewki przytroczonej do pasa. I nagle poczuła, jakby to, co znajdowało się w środku, ciągnęło ją gdzieś w otchłań, przyzywało do siebie. Dotknęła dłonią chłodnej skóry sakiewki i przymknęła oczy. Kolejne wspomnienia zaczęły napływać. Karmazynowi Rycerze, którzy jej szukali. Ucieczka przez las. A później jeszcze swąd dymu i rozdzierający serce wrzask niesiony wiatrem. Nie mogła znieść myśli, że jej ukochana Valadia spłonęła, a ludzie, których znała od dziecka, być może już nie żyją. Na tą myśl, przeszedł ją dreszcz i poczuła łzy napływające do oczu.
- Jak się czujesz?
Otworzyła oczy i ujrzała niską blondynkę w zielonkawej sukni. Uśmiechała się lekko.
- Kim jesteś? – Nimnar zignorowała jej pytanie.
Blondynka pokonała dzielący je dystans i usiadła na krześle przy łóżku. Wyciągnęła dłonie, by złapać Nimnar za ręce, ale półelfka cofnęła się szybko.
- Wybacz – nieznajoma się speszyła. – Nazywam się Greta. Podróżuję z moim bratem, Thoronem.
Nimnar spojrzała na Gretę nieufnie. Zawdzięczała jej życie, ale mimo tego, nie mogła się zdobyć na zaufanie. Dlaczego jej pomogła? Co robiła w środku nocy w lesie? Czy nie wyda jej Karmazynowym Rycerzom przy pierwszej okazji? Nimnar miała mętlik w głowie i nie potrafiła ocenić czy Greta stanowi dla niej zagrożenie. Bała się i najchętniej uciekłaby jak najdalej od nieznajomej, chociaż nie wiedziała, czy jest jeszcze takie miejsce, w którym mogłaby się czuć bezpieczna.
- Przykro mi, że tak się stało – powiedziała cicho Greta. - I, uwierz, rozumiem co czujesz. Karmazynowi Rycerze zniszczyli także mój dom. Naszą rodzinę posądzono o czary… To stało się tak nagle… A nasi rodzice…
Greta otarła łzy spływające po policzku. Mówienie o tych wydarzeniach sprawiało jej ból, ale chciała zapewnić Nimnar, że jest bezpieczna. Półelfka czuła się trochę niezręcznie, słuchając zwierzeń nieznajomej, ale widziała, ile kosztują Gretę te wspomnienia i zrobiło jej się szkoda dziewczyny. 
- Przybyliśmy do Valadii, żeby odnaleźć krewnych, u których moglibyśmy zacząć od nowa – kontynuowała Greta po chwili. – A wtedy wszystko wróciło… Ani ja ani mój brat nie zrobimy ci krzywdy. Wszyscy straciliśmy to, co kochaliśmy najbardziej. Myślę, że potrzebujemy się nawzajem.
Spojrzała na Nimnar z nadzieją. Łzy zostawiły ślady na jej różanych, pulchnych policzkach, ale gdy się uśmiechnęła, pojawiły się urocze dołeczki. Wyglądała przyjaźnie i półelfka mimowolnie odpowiedziała jej uśmiechem. 
- Jestem ci winna podziękowania, Greto – odezwała się Nimnar. – Gdyby nie ty, pewnie już bym nie żyła.
- Dziękuję – powiedziała szczerze półelfka, spoglądając blondynce głęboko w oczy.
Greta pokręciła tylko głową jakby dla niej ratowanie życia było czymś oczywistym i ponownie spróbowała złapać Nimnar za rękę. Tym razem półelfka się nie cofnęła.
- Powiedz mi, kim ty jesteś i będziemy kwita – zaśmiała się Greta.
Nimnar dopiero po tych słowach zdała sobie sprawę, że nie przedstawiła się jeszcze. Ale co mogła o sobie powiedzieć. Wszystko co kochała, kim była, umarło zeszłej nocy. Po ucieczce ze świątyni nie była już kapłanką. Nawet jeśli jest jeszcze jakaś świątynia, nie mogłaby tam wrócić po tym jak zostawiła swoje siostry. Co prawda, zostając, mogła stanowić większe zagrożenie dla kapłanek, bo to jej szukali Karmazynowi Rycerze, ale z drugiej strony, może wtedy zginęłaby tylko ona, a teraz - kto wie ile sióstr zasnęło na wieki. Przez jej jedną decyzję. Kim więc jest teraz? Tchórzem i egoistką – oto jej pierwsza myśl. Nawet jeśli by sobie wmawiała, że uciekła, by chronić siostry, to jednak w tamtej chwili myślała jedynie o tym, by przeżyć. Nie zasługiwała już na to, by nazywać się kapłanką.
- Mam na imię Nimnar – powiedziała cicho. - Valadia jest… była moim domem.
- Jesteś kapłanką? – zapytała Greta.
- Byłam. Zeszłej nocy, gdy Karmazynowi Rycerze weszli do świątyni, uciekłam. Dobra kapłanka nigdy by tego nie zrobiła.
Nimnar nagle zamilkła nie wiedząc, co powiedzieć dalej.
- Lepsza żywa niż dobra – powiedział mężczyzna, który właśnie wszedł do pokoju.
Był dosyć wysoki i miał ciemne, przydługie włosy. Wyglądał trochę jak myśliwy, albo wędrowiec – strój miał bardzo praktyczny, podróżny, a przy pasie przytroczony miecz. Nimnar trochę to zdziwiło, bo nie wyglądał na zamożnego na tyle, by stać go było na kupno miecza, i to, jak zauważyła półelfka, nie byle jakiego. Najwidoczniej skrywali z siostrą wiele tajemnic.
- Thoron! – Greta poderwała się z krzesła i podeszła do mężczyzny, a on z szerokim uśmiechem wziął ją w ramiona.
- Nimnar, to mój brat, Thoron. – Greta odwróciła się do półelfki. Wyglądała na naprawdę dumną ze swojego brata i nie dało się nie zauważyć, że są ze sobą bardzo zżyci. Nimnar poczuła lekkie uczucie zazdrości na ich widok. Chociaż stracili rodziców, mieli siebie, podczas gdy ona, odkąd pamięta, nie miała nikogo.
Nimnar skinęła głową na powitanie.
- Dziękuję za uratowanie mi życia – zwróciła się do Thorona.
Uśmiechnął się lekko w odpowiedzi, a ona poczuła, że mimowolnie się rumieni.




Witajcie, kochani! 

Co mam powiedzieć, po pięciu latach dodaję rozdział drugi. Przez ten czas niewiele pisałam Wrong Path, ale myślałam o tej historii dużo. Tworzyłam ją bardzo długo i jest częścią mnie, więc nie mogłam jej porzucić na dobre. Chcę skończyć Wrong Path tak, jak to sobie kiedyś zamierzyłam. Mam nadzieję, że nadal jesteście ciekawi losów Nimnar, Thorona i Grety, bo i ja sama nie mogę się doczekać, żeby zobaczyć co ich czeka. Póki co, pozwoliłam im się prowadzić po odrobinę zakurzonej Eyi, ale wierzę, że wkrótce przypomnę sobie wszystkie ścieżki i będę mogła Wam wszystko opowiedzieć.
Jeżeli tu jeszcze jesteście - ściskam Was mocno. 

Wasza Moore 


piątek, 5 lipca 2013

Rozdział I Brudna Krew


 - Oddaj mi ją! – pisnęła mała, niezwykle drobna dziewczynka o czerwonej twarzy. Jasne włosy miała zaplecione w mysi ogonek, który ledwie sięgał ramion.
Zatrzymała się pośrodku drogi, marszcząc brwi i zaciskając śmiesznie piąstki. Była zła, bo wysoki, piegowaty chłopiec zabrał jej szmacianą lalkę, którą dostała od siostry. Nazywała się Królewną i dbała o nią najlepiej jak mogła, bo wiedziała, że drugiej takiej zabawki nie dostanie nigdy. Siostrę owej dziewczynki zabrała choroba, co boleśnie odbiło się na całej rodzinie. Było ich w sumie pięcioro (nie licząc nieboszczki): Bridge, która miała sześć lat, dziesięcioletni Deris, mały Jot i rodzice.
Dziewczynka warknęła na brata jak pies, a gdy Deris zbliżył się do niej – machnęła ręką na oślep, uderzając chłopca w twarz.
- Aua, wiedźmo! – jęknął i kopnął siostrę w łydkę tak, że ta upadła na ziemię. W chwilę później obok niej leżała szmaciana Królewna, a Deris biegł do rodziców, którzy dopiero wyłaniali się zza zakrętu, by im się poskarżyć.
- Dalej, tchórzu – syknęła za nim Bridge, rozmasowując nogę.
Dziewczynka podniosła z czułością swoją lalkę i przygładziła jej sterczące włosy, uśmiechając się blado. Następnie wcisnęła zabawkę za pas i, słysząc wołanie matki, pobiegła w stronę rodziców.
Mały Jot cały czas się ślinił i miał głupi wyraz twarzy. Wyglądał tak zawsze, nawet gdy spał i Bridge nie rozumiała, dlaczego rodzice go zatrzymali. Kiedyś siostra też miała dziecko, ale nie spodobało jej się i po prostu zniknęło. Czasami Bridge prosiła bogów, żeby Jot też zniknął i wiedziała, że matka też się o to modliła. Chociaż innymi słowami, to jednak o to samo - też nie chciała Jota. Były takie dni, kiedy go kochali – wtedy matka się śmiała, a ojciec mówił, że jego najmłodszy syn wyrośnie na wielkiego wojownika. Nawet Bridge i Deris się cieszyli, zwłaszcza gdy matka pozwalała im zjeść trochę miodu.
Ale częściej go nienawidzili. Rodzice dobrze udawali, ale przecież gdyby kochali Jota, to nie szliby do świątyni, by się pozbyć chłopca. Bridge wiedziała o tym, bo podsłuchała, jak ojciec mówił matce, że nie zdoła utrzymać ich wszystkich przez zimę i jeżeli nie oddadzą Jota, to będą musieli poderżnąć sobie gardła. Matka płakała.
Bridge potem jeszcze długo leżała i zastanawiała się, czy bardziej boli poderżnięcie gardła, czy śmierć z głodu. W końcu jednak stwierdziła, że każda śmierć boli i zaczęła prosić bogów, by matka zgodziła się z ojcem.
- Bridge, przeproś brata – powiedziała cicho matka. Zawsze mówiła cicho tak, że niekiedy trudno było ją zrozumieć. Była słaba, zwłaszcza gdy się ochładzało.
- On zabrał mi lalkę – odparła twardo dziewczynka, spoglądając z ukosa na brata.
- A ona mnie uderzyła!
- On mnie kopnął!
- Głupia jędza!
- Tchórzliwy wieprz!
- Dosyć!
Ojciec zmierzył rodzeństwo surowym spojrzeniem. Zawsze to on przywracał ład i porządek, gdy Bridge i Deris się kłócili, matka tylko patrzyła i dużo płakała. Chyba nigdy nie chciała poślubić ojca, ale nie miała wyboru.
- Przestańcie się kłócić, bo oddam was bogom – powiedział i piski natychmiast ucichły.
Nikt nie chciał iść na służbę do bogów. Kiedyś z każdej rodziny szła przynajmniej jedna kobieta, zwłaszcza gdy rodziło się dużo dzieci. Ale to było jeszcze w starych czasach, gdy nie budowano ogromnych świątyń z kamienia, gdy nie oszukiwano samych siebie, by przeżyć. Bridge żałowała, że nie żyła w tamtych wiekach – mogłaby tańczyć i śpiewać ku chwale bogów, a nie siedzieć w zimnym budynku i mamrotać niezrozumiałe formułki.
Gdyby bogowie wysłuchiwali próśb ludzi, nie byłoby cesarza, pomyślała Bridge i spuściła kornie wzrok.


*

Srebrny gryf zatoczył kolejne koło nad wieżycą zamku pod czujnym okiem swego pana, by w końcu łagodnie opaść w dół z cichym szelestem długich piór, mieniących się w ostatnich promieniach zachodzącego słońca. Złocista tarcza wydawała się na wyciągnięcie ręki, choć w rzeczywistości tonęła wiele mil dalej, w chłodnej toni Wielkiej Wody.
Cesarz miał wzrok utkwiony w horyzont, czoło zmarszczone, a usta zaciśnięte. Ilekroć obserwował zachód słońca, czuł, że nie jest tak potężny, za jakiego wszyscy go mieli. Podobnie jak nie potrafił pochwycić Galis*, tak nie mógł mienić się panem wszelkich ziem.
Podporządkował sobie wschód, pokłonił mu się Surgh V z Królestwa Tilumar, król Lomer z Alarii, a nawet Indus – surowy władca Ristii. Samotnymi Wyspami się nie martwił – północ jadła z ręki Lomerowi, który trzymał w szachu korsarzy i rozbójników skrytych wśród rozległych wód. Ale to południe... To przeklęte południe! Mifret, wielka kopalnia Eyi, w której panoszyli się orkowie, Kalurdun spółkujący z Saurem – trzy kraje opierające się woli cesarza. I buntownicy... schowali się jak szczury w swoich norach na ziemiach niczyich i napadają na straże cesarskie, zgarniają ziemię, a na dodatek mnożą się bez ustanku, zalewając Eyę swoją plugawą krwią.
- Południowe skurwysyny!
Przekleństwo samo wypłynęło z ust cesarza, nawet nie wiedział kiedy. Gryf skrzywił się, unosząc lwią łapę do góry, jakby chciał upomnieć swojego pana. Ten westchnął ciężko i oparł się o blankę, podziwiając ostatnie pomarańczowe błyski zmieszane z błękitną szarością nieba.
- Ludzie nie wierzą.
Cesarz Ossan nie odwrócił się, poznając maga nie tyle po głosie, co po tonie. Czarodziej nigdy nie tytułował swego pana nie dlatego, że go nie szanował, lecz znał Ossana od dziecka i traktował wciąż jak podrostka, chociaż władca Cesarstwa Emmural miał już ponad pięćdziesiąt lat. Cesarzowi to jednak nie przeszkadzało, gdyż cenił sobie zdanie maga bardziej niż kogokolwiek innego.
- Daruj, ale to nie mój problem – rzekł ozięble Ossan, mierzwiąc gryfowi lwią grzywę. – Mam władzę nad ich ciałami, nie nad duszami.
- Jest twój tak, jak twój jest lud. Nie możesz dopuścić do podziału. – Mag zmarszczył ciemne, krzaczaste brwi.
Cesarz odwrócił się na te słowa. Znajoma wysoka sylwetka maga wydała mu się nieco przygarbiona, jakby brzemię spoczywające na jego barkach nagle stało się zbyt ciężkie. Gęste, czarne włosy mężczyzny opadały na ramiona, zlewając się z ciemną peleryną, pospiesznie zarzuconą na ramiona. Wydawać by się mogło, iż czarodziej jest młodym mężczyzną i tak naprawdę o podeszłym wieku świadczyły jedynie troski i zmartwienia, które wyryły się na twarzy pod postacią głębokich zmarszczek. Były jeszcze oczy – duże i ciemne niczym dwie głębokie studnie. Nawet Ossan czuł przed nimi lęk.
- Lud zawsze będzie podzielony. – Cesarz chciał mieć ostatnie słowo.
- Tak, jak jego władcy – mruknął mag, a gryf Ossana wydał gardłowy dźwięk ni to oburzenia, ni aprobaty.
Powiał wiatr i cesarz musiał odgarnąć z twarzy swoje złociste włosy, spoglądając ponuro w stronę maga. Ten stał niewzruszony, ściskając w dłoni ciemny kostur pokryty runicznymi symbolami i patrzył gdzieś ponad ramionami władcy.
- Obawiam się, że to nie wystarczy, nie tym razem, Złoty Gryfie... - Mag zwykł tak nazywać Ossana, gdy ten był jeszcze dzieckiem. Cesarz nie sądził, iż czarodziej pamięta stary przydomek.
Złotowłosy mężczyzna spojrzał na prawdziwego gryfa, czającego się nieopodal wieży. Wielką cenę przyjdzie nam zapłacić za to, czego pragniemy, pomyślał, zanim przemówił.
- Zostałem całkiem sam, Radenosie... Mam doradców, którzy, gdyby tylko mogli, wbiliby mi nóż w plecy. Kto wie, czy właśnie teraz tego nie planują? Mam władzę w świecie, który nie istnieje, wszystko wydaje mi się iluzją. Jest tak... nieosiągalne. Mam ziemie, które pogrążają się w chaosie, a ja nic nie mogę z tym zrobić. Mam wrogów, których stale przybywa... Moi ojcowie wyznaczyli mi trudne zadanie.
- Masz jeszcze żonę – przypomniał Radenos.
Cesarz odwrócił się od maga i po raz kolejny spojrzał na horyzont.
- Tak, mam żonę. Mam żonę, która nie może mi dać dziedzica, żonę, która jest mi obca, żonę, której nie mogę pokochać. Nie mam serca, Radenosie. - Ossan zacisnął dłonie w pieści, ale nie spojrzał na maga, nie potrafił się na to zdobyć.
- Khasili negt rutis barre... ** - powiedział cicho starzec.
Srebrzysty gryf podszedł do swojego pana i musnął dziobem jego lewą dłoń, wydając głuchy, gardłowy dźwięk. Ossan pogłaskał zwierzę, z niezmienną obojętnością wpatrując się przed siebie.
- Eri dail et matre tarre. ***


* Słońce – nazywano je tak w czasach starych bogów, w niektórych rejonach ta nazwa przetrwała do tej pory;
** Cesarz nie potrzebuje serca;
*** Ale dobrze, by je miał... - przysłowie ludowe;


*

Chłód bijący od posadzki sprawiał, że klęczącymi, jasnymi postaciami raz po raz wstrząsały dreszcze. Czerwony księżyc, będący niekiedy zapowiedzią rozlewu krwi, otulał swą złowróżbną poświatą uśpioną Valadię, pełną krętych uliczek i prostych domów. Zaglądał nawet do świątyni, leżącej na pograniczu lasu otaczającego gościniec, by dostrzec to, czego nie mógł ujrzeć żaden człowiek – magię.
Czaiła się w kącie, uśpiona, lecz gotowa, by w każdej chwili zadziałać. Podobnie jak krwisty księżyc, obserwowała zręczne ludzkie dłonie, które to opadały, to wznosiły się łagodnym łukiem ku sklepieniu. Tam, niedostrzeżony przez tuzin klęczących dziewcząt, płonął ogień. Jasny, złowróżbny i nieujarzmiony, dziki ogień bogów.
- Znacie swą rolę, kapłanki. - Niska i posępna kobieta wystąpiła z cienia i ukazała kwadratową, ponurą twarz. Łypnęła na młode dziewczyny swoimi burymi oczami i odchrząknęła. - Ogień naznaczy jedną z was – nie jest to powód do chluby, ale też nie do wstydu. Będzie tak, jak zażyczą sobie bogowie...
Syk pnących się coraz wyżej płomieni rozbrzmiał w kamiennej sali tak głośno, jakby zadęto w surmy, ostra woń dymu wdarła się do płuc, nie dając zapomnieć o niszczycielskiej mocy ognia.
I nagle szum, przypominający trzepot skrzydeł orła, wzbijającego się do lotu; szum, któremu towarzyszył blask. Dziewczęta nie odważyły się spojrzeć do góry, trwały w bezruchu, klęcząc na zimnym kamieniu z kornie spuszczonymi głowami. Ich białe suknie spływały po popielatej posadzce niczym spieniona woda wśród skał. Dokonało się.
Nie podnosząc wzroku, kapłanki opuściły salę, przemykając za przysadzistą kobietą, której zadanie zostało już wypełnione. Odczuwały ulgę, że to nie na nie padł wybór, bowiem kto raz został wybrany przez bogów, wiecznie musiał dźwigać brzemię.
Została tylko jedna, niepozorna dziewczyna. Była starsza niż pozostałe kapłanki i górowała nad większością z nich. Twarz zasłaniały jej ciemne, niemal czarne włosy, wijące się wzdłuż ciała. Gdy je odgarnęła drżącymi ze strachu dłońmi i spojrzała do góry niebiesko-zielonymi oczami, ukazała nieco chmurne oblicze. Była blada, przez co usta wydawały się zbyt wyraźnie zarysowane, jakby malarz pochopnie zaznaczył łuki warg. Przez jej oblicze przemknął strach, zdumienie, aż w końcu pojawiła się bezbarwna rezygnacja.
- Nimnar. - Imię powtórzyła magia, powtórzył ogień, powtórzył księżyc… Może to tylko echo szydziło z położenia dziewczyny?
- Nimnar. - Z cienia nie wyłonił się ani księżyc, ani ogień bogów, ani magia, lecz smukła kobieca postać. Klęcząca kapłanka pomyślała, jak zawsze, gdy widziała Elilenę, że przełożona jest piękna. Nie była to jednak ta uroda, która kusiła w mrocznych zaułkach, ani nawet ta, która gościła na królewskim dworze. Elilena ze swoimi złocistymi włosami, lekko powiewającymi nawet wtedy, gdy nie było wiatru, z mądrymi oczami barwy zachmurzonego nieba przypominała Nimnar pradawną boginię.
- Nie bój się.
Nimnar ostrożnie wstała, lekko chwiejąc się na zdrętwiałych nogach, słysząc trzaskanie płomieni błyskających pod sklepieniem.
- Zostałaś wybrana – rzekła ze smutkiem Elilena i zbliżyła się do kapłanki, a wokół niej unosiła się delikatna woń nenufarów. - To zaszczyt.
- To przekleństwo! - odpowiedziała dziewczyna, a ogień syknął ostrzegawczo.
Elilena przysiadła na kamiennym schodku, oddzielającym tę część komnaty, w której kapłanki zwykle wznosiły modły od tej, która była poświęcona Jedynemu.
- Nigdy nie życzyłam ci takiego losu. - Pokręciła głową. - Nawet nie sądziłam, że... to możesz być ty. Jednak najwyraźniej się pomyliłam... To zawsze byłaś ty, Nimnar.
- Nie. Bogowie nie powinni mnie wybierać...
- Nikt ich nigdy nie zrozumie, taki już los bogów. Wymyślają reguły do swojej gry, ale pionki nie zawsze są im posłuszne. To zabawne, nie uważasz? - Przełożona uśmiechnęła się lekko. - Nie bądź im posłuszna, Nimnar. Bogowie myślą wyłącznie o sobie, nie zawahają się przed niczym…
- Ja też się nie zawaham – odpowiedziała kapłanka.
Elilena zaśmiała się przekornie, spod fałd spódnicy wyciągając prostą sakiewkę. Przez chwilę ważyła ją w dłoni, błądząc wzrokiem po komnacie, jakby chciała zapytać każdego kamienia, czy słusznie postępuje, przekazując swój skarb młódce. Dopiero zniecierpliwiony ogień buchnął wyżej płomieniami, ponaglając kobietę.
- To twoja odpowiedź, Nimnar. – Wręczyła dziewczynie sakiewkę i w chwilę później już zniknęła ni to za drzwiami do komnaty, ni to w poświacie księżyca. Wraz z nią odszedł srebrzysty blask, zgasł ogień i umknęła magia, pozostawiając Nimnar w ciemnej i chłodnej sali.
Dziewczyna rozsupłała węzeł i wyciągnęła z sakiewki idealnie okrągły kamień, jasny i zimny, niczym księżyc zawieszony wśród gwiazd, z czarną źrenicą pośrodku - Oko Bogów. Drogocenny kamień, w którym, według legendy, zamknięto moce pierwszych magów, żywioły. Nimnar nie sądziła, iż Oko istnieje naprawdę, było przecież jedynie bajką o pięknych, starych czasach, gdy magia była darem, a nie klątwą.
Huk. To ogień harcował pod sklepieniem. Nie! Ogień odszedł, więc kto? Tupot wielu nóg na kamiennej posadzce, gardłowe okrzyki pełne podniecenia i swąd dymu. Ogień?
Nimnar rozejrzała się wokół, szukając ratunku, ale nie mogła go znaleźć, przecież została sama. Schowała Oko do sakiewki i ukryła ją pod fałdami białej sukni kapłanki. Podbiegła do wyjścia, ale słyszała za nimi huk przewracanych ław i złowróżbny stukot buciorów. Zaryglowała drzwi, tym samym odcinając sobie jedyną drogę ucieczki. Okno było zbyt wąskie, by zdołała się przezeń przecisnąć...
Huk. Trzask wyłamywanych drzwi, krzyki kapłanek i podniesione głosy mężczyzn. Twarze przesłonięte krwawymi maskami. Puste oczy, które już nie patrzyły. Śmiech. Ostry, kujący, wdzierający się do głowy, by odbijać się echem. Skowyt. Nie, to nie zwierz, to człowiek. I łzy.
Nimnar płakała, chociaż nie zdawała sobie z tego sprawy. Zadrżała, gdy ktoś naparł na drzwi do komnaty. Jej wzrok przesunął się po kamiennych ścianach, by spocząć na mlecznobiałym ołtarzu, na którym dawniej składano ofiary bogom, a teraz jedynie układano kwiaty i palono wonne kadzidła. Spojrzała na posadzkę pod nim – to była jej szansa.
Rzuciła się do przodu, omal nie potykając się na kamiennym schodku. Odsunęła ciężką płytę, odsłaniając ciemną dziurę, przypominającą głęboką studnię. Nimnar rzuciła ostatnie spojrzenie za siebie, siadając na skraju otworu tak, że nogi swobodnie zwisały wzdłuż kamienia. Skoczyła, ocierając się boleśnie biodrem o płytę. Wyciągnęła dłonie do góry, by zasłonić przejście. W tym samym czasie drzwi do komnaty wyleciały z zawiasów z trzaskiem.
Postawny mężczyzna wszedł do sali wolnym, niemal dostojnym krokiem, trzymając dłoń na głowicy miecza przytroczonego do pasa. W półmroku widać było jedynie jasne oczy, gdy omiatał wzrokiem komnatę i łopoczącą pelerynę barwy świeżo przelanej krwi.
Jego wzrok spoczął na dymiącym kadzidle, które, w odróżnieniu od innych, leżało na ziemi, wśród popiołów. Mężczyzna spojrzał nieco dalej, pod ołtarz, gdzie znajdował się śnieżnobiały kwiat – mirt. Roślina kapłanek służących Jedynemu, symbolizująca ich niewinność i łagodność, w tym wypadku jednak przypieczętowała los jednej z nich.
- Kapitanie Damir, nigdzie jej nie ma! - Do komnaty wbiegł młodzieniec o krótkich, ciemnych włosach, typowych dla rycerzy cesarza. On również miał na sobie karmazynową pelerynę, chociaż nie tak piękną, jak jego towarzysz.
- Jest... - mruknął Damir, postępując kilka kroków w stronę ołtarza. - Jest.


*

Życie jest zbyt cenne...
Upadek.
...by je stracić.
Kolejna ostra gałązka smagająca twarz.
Uciekaj!
Nimnar oddychała ciężko, lecz wciąż biegła przed siebie, w ostatniej chwili omijając wyłaniające się z mroku drzewa. Kuło ją w boku, ale wiedziała, że nie może się zatrzymać. Jeszcze nie... Nie teraz! Spódnicę miała podartą, czoło zroszone potem, a policzki czerwone. Dziewczynie brakowało sił, czuła ucisk w piersiach, a gardło drapało od chłodnego, nocnego powietrza, które łapczywie wdychała.
Uciekała od duszącego dymu, wyciskającego łzy z oczu tym, którzy jeszcze nie płakali krwią, od chłodnych murów świątyni, od całego swojego dotychczasowego życia. Stchórzyła.
Kolejny upadek zaskoczył ją piekącym bólem obdartych dłoni i słodkawą wonią wilgotnej ziemi. Odwróciła się na plecy, z trudem łapiąc powietrze i zamarła.
Postawna sylwetka mężczyzny zamajaczyła przed oczami, a w chwilę później kapłanka rozpoznała szkarłatną pelerynę, której tak długo się wystrzegała. Karmazynowi Rycerze. Ludzie oddani cesarzowi, na jego rozkaz wyłapujący mieszańców takich jak Nimnar. Półelfka. Brudnej krwi, skażona. Nie sądziła, że są w okolicy, że szukają mieszańców... Czuła się tak naiwnie bezpieczna!
Mężczyzna pociągnął Nimnar za poobdzieraną ze skóry dłoń tak, że musiała stanąć na nogach. Serce omal nie wyskoczyło z piersi, z trudem nie upadła z powrotem na ziemię. Bała się tego, co ją czeka. Bała się tego, co znała jedynie z opowieści wędrowców – bólu.
Nie zdążyła postąpić kilku kroków, gdy ktoś odepchnął półelfkę na bok i rzucił się na rycerza. Złowróżbna stal błyskała co chwilę w krwawym świetle księżyca, który wyłonił się zza chmur i z wyraźnym trudem przedzierał się przez konary drzew, aż do podszycia.
Metaliczny, słodko-kwaśny zapach krwi przypomniał Nimnar o tym, że nieopodal giną inne kapłanki, które nie miały jak uciec. Giną za nią, bo przecież żadna nie wie, dokąd uciekła półelfka. Jedynie Elilena, lecz ją trudno znaleźć, jeżeli sama tego nie chce. Pewnie teraz sunie po korytarzach, niezauważona przez nikogo. Gdyby Nimnar nie uciekła...
- Uciekaj, głupia!
Co? Półelfka zerwała się na równe nogi, zapominając zupełnie o zmęczeniu. Pobiegła przed siebie, nie bacząc na to, co dzieje się wokół, byle jak najdalej od Karmazynowego Rycerza, jak najdalej od śmierci.
Wpadła w czyjeś ramiona i poczuła zapach dobrze znanych ziół, których nazwy nie mogła sobie przypomnieć. Obrócono ją w prawo i pociągnięto w las.
- Kim jesteś? - Nimnar usiłowała wyrwać rękę z żelaznego uścisku, lecz tajemnicza postać nie pozwalała na to.
- Twoją nadzieją – odparł kobiecy głos.



W końcu mi się udało! Męczyłam się z tym rozdziałem okropnie, pisząc dwa-trzy zdania co jakiś czas. Z tego, co Wam dzisiaj prezentuję jestem w miarę zadowolona. Są lepsze i gorsze momenty, ale ocenianie zostawiam już dla Was. Na pewno nie udałoby mi się tego rozdziału napisać bez Rivy, która zawsze wie, jak  przywrócić mi wenę i zagonić do pisania. Dziękuję, córo Hekate :3 Dziękuję też Nomidzie, bez której w moich tekstach wciąż panoszyłyby się koszmarne błędy. Mam nadzieję, że mnie nie zjecie. 

niedziela, 16 czerwca 2013

Prolog


  16 trebun 857 rok ery miecza, Sorbahall
Do kapitana Dziewiątego Legionu Karmazynowych Rycerzy!
Kapitanie, człowiek, którego ci dostarczono winny jest podburzania ludu i spiskowania przeciwko Jego Cesarskiej Mości. Wobec tego jawnego pogwałcenia ogólnego prawa rada miasta Sorbahall, na terenie którego działał wiadomy więzień postanowiła, że odpowiednią karą będzie  powieszenie skazańca. 
Rozkaz ten powinien zostać wykonany niezwłocznie, by uchronić niewinne dusze, w pełni oddane Naszemu Miłościwemu Cesarzowi przed zgorszeniem i pokusą złamania prawa. Jeżeli dojdą mnie słuchy, żeś postąpił inaczej, lub zwlekał z wykonaniem wyroku, możesz być pewien, kapitanie, że wyciągnę odpowiednie konsekwencje.

Lord Marid, przewodniczący Rady Jego Cesarskiej Mości

Dopilnuj, by skazaniec nie miał okazji do rozmowy z nikim.

Cantris zmiął pergamin zawierający rozkaz i wrzucił do ognia. Obserwował go, dopóki wiecznie nienasycone  płomienie nie pochłonęły ostatniej litery, nakreślonej ręką lorda Marida. Dopiero wtedy odważył się podnieść wzrok, który niemal machinalnie spoczął na zaryglowanych drzwiach z metalowymi umocnieniami.
Od kilku miesięcy Cantris przebywał w Cirre, nadzorując pracę w więzieniu zgodnie z wolą cesarza. Nadszedł bowiem czas oczyszczenia, gdy każdy, kto zawadzał władzy, był usuwany – jedni zgładzeni na oczach łaknącego krwi ludu, inni zasztyletowani w ciemnym zaułku, zostawieni na pastwę gryzoni i żebraków. W takich chwilach niezbędni byli ludzie oddani, gotowi na wszystko i umiejący utrzymać język za zębami, ci, którzy nie budzili podejrzeń.
Kołatanie do drzwi wyrwało Cantrisa z zamyślenia; kilkoma krokami przemierzył komnatę i odsunął zasuwkę, by zobaczyć młodzika z czupryną jak siano i twarzą usianą piegami. Był młody i chciał zdobyć zaszczyty, służąc cesarzowi – wybrał drogę trudną, acz, jak pokazywał przykład Cantrisa – nie niemożliwą.
- Witaj, Serin – rzekł kapitan, chcąc zaprosić chłopaczka do komnaty.
Ten jednak zawzięcie pokręcił głową i, z trudem łapiąc oddech, powiedział:
- Przybył wóz z więźniem, panie.
Te kilka słów wystarczyło kapitanowi, by rozwiać wszelkie wątpliwości. Chwycił swoją szkarłatną pelerynę i, zarzucając ją na ramiona, już zbiegał za Serinem po krętych schodach. Ze zdenerwowania począł przygładzać swoje przydługie, czarne włosy, które już zaczynały siwieć i, dopiero gdy stanął na dole, splótł dłonie za plecami i ruszył dostojnym, długim krokiem w kierunku kamiennej bramy wjazdowej.
Nie zwracał uwagi na kłaniających się w pas parobków i pozdrawiających go rycerzy – chciał jak najszybciej zobaczyć człowieka, którego wyprzedziła zła sława. Zdumiał się bardzo, gdy ujrzał młodego mężczyznę o niezwykle delikatnych rysach twarzy, ubranego w nie najgorsze jasne szaty i hardo patrzącego w oczy każdemu rycerzowi.
Cantris zlustrował skazańca wzrokiem, by w chwilę później zakrzyknąć:
- Do dolnego lochu!
Jego polecenie wykonano natychmiast, ciągnąc za sobą skutego młodzieńca, którego jasne, przenikliwe oczy nagle straciły swój blask. Cała sylwetka więźnia zdawała się błagać o łaskę, której już nikt nie mógł mu udzielić, jedynie do bogów mógł wznosić swe prośby, chociaż nawet oni zdawali się sprzyjać cesarzowi i odwracać swe dumne oblicza od jego wrogów.
Cantris patrzył jeszcze przez chwilę na uwijających się strażników zamykających bramę i na stajennych zajmujących się końmi, by w końcu odwrócić się i wrócić do swojej komnaty. Miał zamiar przetrzymać więźnia tę noc o głodzie, by zaraz z rana poddać go przesłuchaniu.
Ponadto czekały na niego dokumenty znalezione w archiwum, na które wcześniej ledwie rzucił okiem. Spisane zostały w jednym z wymarłych już języków, więc Cantris odłożył je, by wrócić do nich w wolnej chwili. 
Najpierw jednak musiał napisać do swojego przełożonego, by wiadomość dotarła jeszcze przed śniadaniem, toteż chwycił gęsie pióro, umoczył je w atramencie i pochylił się nad żółtawym pergaminem. Gdy nie mógł znaleźć odpowiednich słów, sięgnął po kielich z winem, które wydało mu się nieco zbyt cierpkie.
Z przewróconego kałamarza chlusnął atrament, zacierając litery nakreślone przez człowieka leżącego na podłodze.

Teo boleśnie upadł na ziemię. W ustach czuł piach, dłonie miał zakrwawione, a skroń, w którą go uderzono po aresztowaniu, pulsowała bólem. Jęknął, a zawtórował mu dźwięk przekręcanego w zamku klucza. Spróbował wstać i, chociaż wszystko go bolało, wyprostował się.
Cuchnęło. Wokół Teo unosił się odór zgnilizny i wilgoci, któremu towarzyszył smród starego moczu i odchodów. Mężczyzna odruchowo przesunął się na bok, nie chcąc siadać na ziemi, chociaż i tak musiał to zrobić prędzej czy później. Bardziej kierując się zapachem niż wzrokiem dotarł do świeżej słomy rzuconej pod ścianą i opadł na nią, wykrzywiając usta w grymasie.
Chciało mu się rzygać, więc przechylił się w lewą stronę i doczłapał do kąta, gdzie do zapachów królujących w celi, dodał także smród wymiocin. Otarł spierzchnięte usta dłonią i wrócił na słomę, podciągając kolana do piersi i obejmując nogi skostniałymi dłońmi.
Zamknął oczy.
W więzieniu nie było okien, więc Teo nie miał pojęcia, jak długo spał, jeżeli snem można nazwać dziwne majaki, jakie prześladowały więźnia.
Dlatego, gdy jaśniejąca postać wpadła do celi w pierwszej chwili Teo wziął ją za zjawę, za wspomnienie dawnego życia, przez moment nawet myślał, że już nie żyje.
- Teo! Och, Teo!
Dopiero gdy drobne ramiona zacisnęły się na jego szyi, różane usta zmiażdżyły mu wargi, a słone łzy spłynęły na błękitny kaftan, Teo uwierzył, że to co widzi nie jest kolejnym złudzeniem. Przyciągnął do siebie młodą dziewczynę, by przypomnieć sobie jej słodki, kwiatowo-drzewny zapach.
- Rakisza – szepnął wzruszony.
- Tak, Teo, to ja. – Popatrzyła mu w oczy, uśmiechając się poprzez łzy.
- Co ty tu robisz? Jak cię wpuścili?
- Z trudem. – Skrzywiła się. – Przesłuchiwali cię?
- Nie, jeszcze… Nawet jeżeli wezmą mnie na przesłuchanie, to i tak już wszystko postanowione. Oni wydali na mnie wyrok…
Dziewczyna zamrugała szybko i spuściła wzrok na ubite klepisko. Zaraz jednak poderwała go z powrotem na twarz Teo – w blasku lampy, którą przyniosła Rakisza, wydawała się być jeszcze bledsza niż zwykle.
- Nie – powiedziała hardo dziewczyna, marszcząc brwi. Teo poczuł dobrze znaną woń siarki i już wiedział, że dziewczyna jest wściekła.
Jednak, nawet jeśli bardzo chciała, nie mogła nic zrobić, by pomóc więźniowi. Zwłaszcza gdy ten był niewinny.
Teo pojmano znienacka, gdy wykonywał swoje zadanie w jednej z ciemnych i obskurnych uliczek, do których zwykle nikt się nie zapuszczał. Nie zdążył nawet wymówić najprostszego zaklęcia, kiedy ogłuszono go i wciągnięto na wóz. Gdy się ocknął, powiedziano mu, że jest zdrajcą, który sprzeciwił się cesarzowi i poniesie odpowiednią karę.
Każda walka wymaga ofiar, Teo doskonale to rozumiał i ani myślał wycofywać się z raz złożonej obietnicy.

I będę czekał ich powrotu do kresu swych dni, służąc wiernie krwią swoją krwi bogów, a gdy nadejdą, im służyć będę, by przywrócić dawny ład. Jeśli umrzeć mi przyjdzie dla nich, umrę z dumą.

- Rakiszo – wychrypiał, kładąc obolałą dłoń na jej policzku. Dziewczyna wtuliła się w nią, przymykając oczy, by ukryć cisnące się łzy. Chciał, by zrozumiała, że chociaż to koniec, to on się nie boi. – Zawsze będę cię kochał, Rakiszo.
Pocałowała go żarliwie słonymi od łez ustami, a on objął ją w pasie tak, jak zwykł to robić dawniej. Oboje starali się zapamiętać tę chwilę, jednym pocałunkiem wyznawali sobie miłość, której nigdy nie ubrali w słowa. To było pożegnanie.
Rakisza odsunęła się powoli i patrząc mu głęboko w oczy, powiedziała:
- Pomszczę cię.
Lampa zgasła.

Egzekucję zaplanowano na poranek, toteż robotnicy uwijali się jak w ukropie, by zdążyć wybudować szubienicę. Konstrukcja już stała, gdy zapiał kur, toteż bez większej zwłoki przyprowadzono skazańca.
Motłoch wył i wyklinał młodzieńca odzianego w błękit, który szedł spokojnie przed siebie, nie rozglądając się na boki. Kilku chłopców rzuciło w niego kamieniami, pokrzykując przy tym wesoło, a w ich ślady poszli niektórzy dorośli. Strażnicy niezbyt się spieszyli, by uspokoić tłum i dopiero gdy więzień został ranny w głowę, okiełznali widzów.
Nikt nie widział kapitana Cantrisa, który zamknął się w swojej komnacie i nie raczył zjawić się na widowisku, zajmując się naglącymi sprawami więzienia, przyjmując kolejne rozkazy i rozsyłając gońców.
Teo wspiął się na podwyższenie, czemu towarzyszył radosny okrzyk tłumu, który na chwilę zmienił się w jedną, szaro-burą, cuchnącą istotę żądną krwi. Nikt nie dbał o sprawiedliwość, ludzie pragnęli widowiska.
Niektórzy robili zakłady czy skazaniec złamie sobie kark, czy też będzie się dusił powoli, aż spuchnie mu język, a oczy nienaturalnie się powiększą. Wszyscy woleli, by się udusił – wtedy egzekucja trwałaby dłużej, a nikomu nie spieszyło się do pracy, zwłaszcza jeżeli wieszano wroga cesarza. Praktycznie każdy, kto wrzeszczał wśród tłumu, mógł skończyć tak samo, jednak ci ludzie byli zbyt przerażeni, by bronić swoich braci, ojców, mężów, sióstr, żon czy matek. Każdy umierał sam.
Gdy założono pętlę na szyi młodzieńca. na placu zapadła cisza. Trwało to tylko chwilę, bo gdy potężna sylwetka kata odwróciła się w stronę tłumu, zawrzało.
- Śmierć! Śmierć! Śmierć!

Echo głosów docierało nawet do więzienia Cirre, leżącego nieopodal i zdawało się trząść budowlą w posadach. Serin biegł po kamiennych schodach co sił, oddychając ciężko. Gdy dopadł drzwi do komnaty kapitana, zaklął tak, jak nigdy nie odważyłby się przy swoich przełożonych – drzwi były zamknięte.
Naparł na nie całym ciałem i pchnął, a blokada ustąpiła natychmiast. Okrzyk zwycięstwa zamienił się w okrzyk grozy, gdy wzrok Serina padł na bezwładne ciało kapitana leżące na podłodze.
Z ust toczyła się piana.

Lord Marid Teilascome, przewodniczący Rady Jego Cesarskiej Mości zjechał na egzekucję na czas. Z końskiego grzbietu obserwował, jak w oddali skazaniec rzucał się, by uniknąć stryczka. Zdzielono go w brzuch, tak, iż zgiął się w pół - już nie walczył. Na dany przez kata znak, wóz ruszył, pozbawiając skazańca oparcia. Lina się naprężyła, kark pękł z trzaskiem, ktoś z tłumu jęknął. 
Marid uśmiechnął się pod nosem, a jego biała klacz zaczęła niespokojnie strzyc uszami i drobić w miejscu – nie lubiła tłumów ani egzekucji. Mężczyzna poklepał ją uspokajająco po szyi i skręcił w pustą ulicę, odprawiając swoich ludzi.
Lord był potężnym człowiekiem, nawet gdy zsiadł z konia, jego postawna sylwetka onieśmielała. Tego dnia nie musiał się kryć ze swym bogactwem, przywdziewając purpurowe szaty, ozdabiane złotem i drogimi kamieniami. Jego szeroki kapelusz przysłaniał brązowe, starannie ułożone loki, a pomarańczowe pióro ozdabiające nakrycie głowy powiewało lekko, gdy Marid wchodził po stopniach do budynku przystrojonego kwiatami.
Dojrzała, siwiejąca już kobieta czekała i, gdy tylko go ujrzała, natychmiast zaprowadziła lorda do podłużnej izby. Tam, pośród wszechobecnych kwiatów, których zapach nieco oszałamiał, stały w rzędzie młode, ładne dziewczęta.
Kobieta uśmiechnęła się do lorda Marida i wskazując ręką na dziewczyny, powiedziała:
- Wszystkie one są dla mnie jak córki, panie. Wybierz tę, która ci się podoba, a ja zapewniam, że nie będziesz żałował.
Mężczyzna przyglądał się uważnie każdej z dziewcząt, oceniając je i niemal natychmiast odrzucając. Wszystkie wydawały mu się zbyt pospolite, zwyczajne i nudne. Dopiero po chwili zauważył ognistowłosą dziewczynę skrytą między ponętną blondynką i wysoką brunetką z żółtą wstążką we włosach.
- Jak ci na imię? – zapytał, mierząc ją wzrokiem. Była drobna, niewysoka, ale piersi pod dopasowaną suknią miała wyjątkowo bujne. W dodatku w jej wyglądzie było coś dzikiego i tajemniczego, Marid nie do końca wiedział czy to przez jej rude loki, czy zielone jak mech czujne oczy, czy przez sercowatą twarz usianą piegami, ale było w niej coś, co go przyciągało. Zdawała się zupełnie inna niż wszystkie nierządnice z jakimi do tej pory obcował, urodę miała jakąś szczególną.
- Rakisza, panie – odparła, patrząc mu w oczy, jakby rzucała wyzwanie.
- Poprowadzisz mnie? – Lord Marid wyciągnął rękę, którą dziewczyna niespiesznie ujęła.
Gdy dotarli do ciemnej alkowy, w której unosił się nieodzowny zapach kwiatów, Rakisza zamknęła szczelnie drzwi. Marid śledził ją łakomym wzrokiem, zastanawiając się ciągle, co takiego wyróżnia ją od innych nierządnic.
- Co sprawia, że jesteś taka? – zapytał, nie mogąc się powstrzymać.
- Jaka? – zdziwiła się ognistowłosa, odwracając się szybko tak, że jej włosy musnęły twarz mężczyzny. Wciągnął jej słodki zapach, który kojarzył mu się z soczystą wonią drzewa. A może to był jakiś nieznany mu kwiat?
- Inna niż wszystkie kobiety – powiedział cicho, nie odrywając wzroku od jej sylwetki.
- Och. – Uśmiechnęła się lekko, sięgając dłońmi za plecy, jakby chciała rozwiązać suknię. – Jestem Rakisza. – Przysunęła się, a on odruchowo postąpił krok do tyłu.
- Tak, wiem – mruknął, okręcając kosmyk jej włosów na palcu. Dziewczyna rozpięła mu koszulę i położyła dłoń na piersi, uśmiechając się, gdy poczuła przyspieszone bicie serca. Marid chciał powiedzieć coś jeszcze, ale ognistowłosa pocałowała go mocno i oboje opadli na łoże. Lord przyciągał do siebie dziewczynę, ale ona ciągle się wyginała. Jej słodki zapach drzewny zdawał się zmieniać w ostrą woń siarki. Zanim jednak Marid zdążył zrobić cokolwiek, położyła prawą dłoń na ustach lorda. Siedziała na nim okrakiem, a rude włosy spływały kaskadą po ich ciałach.
Rakisza odsunęła się nagle, jedną rękę wciąż trzymając z tyłu, najpewniej podtrzymując suknię, jakby się wstydziła swojej nagości.
Dziewczyna uniosła lewą dłoń, którą do tej pory chowała za plecami i błysnęła chłodna stal sztyletu.
- I jestem tu po to, by cię zabić.
Ręka Rakiszy opadła.


Obserwatorzy

Nomida zaczarowane-szablony